Jesień średniowiecza?

Najwyraźniej. A przynajmniej wszystko na to wskazuje w ostatnim czasie. Jesień – bo pogoda iście jesienna. Ku mojemu wielkiemu szczęściu i radości, bo uwielbiam deszczowe lato. Poza tym w upały czuję się opuchnięta, ociężała i w ogóle do niczego. No i jak zwykle o tej porze roku, marzy mi się już ta prawdziwa jesień – złote, opadające liście, chłodniejsze słońce, rześkie powietrze…no i drugi Bob. Którego nie mogę się doczekać, bo na brzuchu lada moment będę mogła układać Jengę. Stojąc.

A skąd to całe średniowiecze? Po podaniu koronnych argumentów, wszystko stanie się jasne:

1. Fala zarazy

Po pierwszym tygodniu w przedszkolu (rewelacyjnym, nawiasem mówiąc), drugi Bobo spędza zasmarkany w domu. Standard możnaby rzec. A my, oczywiście pełni sympatii i współczucia, także postanowiliśmy dotrzymać mu w tym smarkaniu towarzystwa. Najpierw przeziębiłam się ja, teraz Dziubas. Pomimo lipca naszą kuchnię zdobi wieniec leków. Dziś na przykład Dziubas kupił mi specjalny syrop dla ciężarnych, którego wyczekiwałam tupiąc w miejscu ze zniecierpliwieniem. Po otwarciu kartonika okazało się, że zakrętka kręci się w kółko i nie ma szans go otworzyć. Po wielu próbach wybiłam w tej zakrętce dziurę i nakapałam sobie trochę do miarki. Poczułam się trochę jak harcerka. A smak malinowo-czosnkowy tak mnie zszokował, że do teraz nie wiem, co o nim myśleć…

2. Trójpolówka

Jak wiadomo, mam trzy pola do oporządzenia w naszym domostwie: Dziubasowe, Bobowe i swoje. Jadę na trzy pola za jednym zamachem – tu podnoszę onucę, tam wycieram nos, myję w pośpiechu swoje zęby. Jak to zwykle bywa – co za dużo, to niezdrowo, więc na swoje poletko czasu nie starcza mi zupełnie, leży więc odłogiem i prezentuje światu ugór jakich mało. Czasu nie mam na nic, czekam na unowocześnienie w dziedzinie rolnictwa, a najlepiej na maszynę, która zastąpi moje trudy.

3. Taniec dworski

Pląsam codziennie z miejsca na miejsce, bo nie mogę sobie znaleźć takiego miejsca, które mogłoby być moim miejscem. Innymi słowy, nie potrafię odpoczywać nawet wtedy, kiedy mam okazję. Bo jeszcze na stole leży coś, czego tam być nie powinno. Bo na podłodze zauważyłam paproch. Bo miałam wstawić dwudzieste pranie. Bo trzeba wyciągnąć naczynia ze zmywarki. Bo, bo, bo…Tak więc tańczę w tym moim ciężkim stelażu na brzuchu i zastanawiam się kiedy będzie jakaś przerwa, bo nogi wchodzą mi do TEGO miejsca, a muzyka w głowie nadal gra.

4. Ustrój feudalny

A konkretniej, ustrój w ustroju. I w rzeczy samej, stanem rządzącym jest Bobo w brzuchu, które każe mi jeść wszystko, na co akurat przyjdzie mu ochota. A ostatnio ma ochotę na słodkie. Wymieniamy się z Bobem nad słoikiem Nutelli. On wyjada ją łyżką rano, ja wieczorem. Teraz piję herbatę, która pachnie jak mój poprzedni płyn do podłóg. Co więcej, Pan i Władca zabiera mi z mojego móżdżku tyle tlenu, że nie starcza mi na myślenie. Zapewne w ramach pogłównego. Nie jestem w stanie kupić rzeczy zapisanych na liście, nie pamiętam, gdzie co położyłam, a niedawno złożyłam do samochodu wózek, w którego koszu było pół kubka gorącej czekolady. Bagażnik pokrył się niesamowicie równą warstwą tego budyniu, gdyż ponieważ zauważyłam co się stało dopiero pod domem.

5. Ad maiorem Dei gloriam

Nadal nie mamy pomysłu na imię dla Bobasa. Jako, iż wierzymy w znaczenie imion (idąc za przykładem nauk chrześcijańskich), szukamy takiego, które byłoby totalnym przeciwieństwem naszego Boba. Otóż niechcący uczyniliśmy go „przywódcą ludu” i teraz odczuwamy tego skutki na codzień. Przez głowę przelatują nam te wszystkie Jakuby, Aleksandry i inne Adamy, aż tu nagle Dziubas mówi „A może Kazik?”. Ha. No cóż – nie powiem, żebym szalała z radości, ale w sumie Kazika lubię i słucham. Kazimierz…jak Kazimierz Wielki. Imię króla, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Od którego imienia nazwano miasto nad Wisłą (Kluczbork!). Dziubas sprawdza znaczenie i z głośnym rechotem podaje mi komórkę, rzucając „Sama sprawdź!”. No to sprawdzam: „Niszczący pokój i swoich wrogów”. Luz. Ma się rozumieć, uprzejmie podziękowaliśmy. Na chwilę obecną szukam imienia, które znaczyłoby coś w stylu „Bóg nakazał usiąść i się zdrzemnąć”. Jak ktoś coś wie, pisać.

6. Uniwersalizm

No i tu się na chwilę zatrzymamy. Stop!

Dlaczego nagle wszystkie t-shirty w sklepach są za krótkie i za szerokie? Co to w ogóle za moda? Na jaką figurę?!

Dlaczego zapanowała wszechobecna moda na peeling skóry głowy? – Za moich czasów (!) złuszczoną skórę głowy nazywaliśmy łupieżem!

Dlaczego każdy portal informacyjny musi mieć obowiązkową tematykę dotyczącą rozpoznawania objawów śmiertelnych chorób? I w ogóle chorób, samych w sobie? „Boli cię kręgoslup? – To pewnie przez stopy! – swędzą cię stopy? – to poważna choroba!” – zgaduję, że na pewno kręgosłupa. Czy ktoś to w ogóle moderuje?!

Boszsz…teraz to już tylko boję się jakiejś wojny Dwóch Róż allbo innej trzydziestoletniej…Za chwilę zaczną przykuwać książki w bibliotece łańcuchami, promować na wybiegach jutowe worki, a hitem miesiąca będzie Post Daniela – bo w sumie już nim jest, więc strach się bać.

Halo! Ja nie chcę żyć w średniowieczu! Dobrze mi z technologią!

…A może to ten syrop zaczął działać?

Reklamy

Turbo-przedszkolaki?

Nadszedł w końcu TEN dzień. Godzina ZERO.

Pierwszy dzień Boba w przedszkolu.

Przeżywałam to wszystko przez cały weekend. Dziubas też, chociaż nie bardzo chciał się przyznać, ale przecież WIADOMO.

W niedzielny wieczór, kiedy pakowałam mu wyprawkę, miałam wrażenie, że wysyłam go w jedną stronę na księżyc i zobaczę za jakiś miesiąc. Pomijam już wyrzuty sumienia – zwalam to na karb ciążowych hormonów. Po kompulsywnym speelingowaniu sobie twarzy za nic nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok (a ostatnio to wyczyn nie z tej ziemi…), wierzgałam, nie chciało mi się spać. Przy okazji nie mogłam się oderwać od książki, którą aktualnie czytam („Śalimar Klaun” Salmana Rushdie – boska!) i zmusiłam się do zmiany lektury na Oniegina, który jakoś za szybko i bez sensu się skończył.

Całą noc śnił mi się Bobo w tym przedszkolu. I jakaś martwa krowa, która niespodziewanie ożyła i do której strzelała moja ciotka. Co więcej, do swojej broni używała nabojów schowanych w klatce z ptakami (chyba papugami), która była także skrytką na kokainę.

Nie pytajcie mnie, co mój mózg wyprawia każdej nocy, bo do dziś stanowi to dla mnie nie lada zagadkę. Dziubas dziwi się niezmiennie pytając, co biorę.

No i nastał poranek. Dziubas zaprowadził Boba do sali (ja czekałam na dole, jak ustaliliśmy. Okazało się, że słusznie), Bobo zrobił „pa” i poszedł się bawić. LUZ. Po wyjściu Dziubasa z budynku oboje chyba czuliśmy się oszukani i spoliczkowani, bo spodziewaliśmy się sceny z wyciem i smarkaniem. Rozjechaliśmy się w swoje strony – Dziubas do pracy, ja do domu – oboje ze świeczkami w oczach.

Na telefon awaryjny się nie doczekałam, więc pojechałam odebrać Boba po mniej-więcej trzech godzinach.

Wchodzę ci ja do środka, na polecenie dyrektorki rozglądam się za nim, żeby mu pomachać i co widzę?

Chaos. Impreza. Hałas nie z tej ziemi.

Po prawej kilka dziewczynek z błędnym wzrokiem i podkówką na dziobie ociera się o ściany. Po lewej, w basenie z kulkami, istne pool party. Faceci, w liczbie około siedmiu, dominują i rządzą niepodzielnie, a w samym środku nasz Bob.

Przysięgam, że wyglądało to tak, jakby miał na sobie ciemne okulary, w ręce zimnego drinka, a w basenie szalały dzikie tłumy w takt jakiegoś disco.

Szczenę zbierałam z podłogi chwilę później, kiedy stwierdził, że do domu to on się nie wybiera.

Ostatecznie udało się go wyprowadzić do auta, ale kosztowało mnie to tyle energii, że popołudniu padłam kompletnie. Bo po powrocie miał tyle siły, że prawie rozniósł dom na kawałki.

Przepraszam bardzo, ale czy przedszkole nie powinno dziecka choć trochę ZMĘCZYĆ? Sprawić, że z nadmiaru wrażeń i ruchu padnie na dziób do spania po przekroczeniu progu domu?

No naprawdę…

Póki co trzymamy kciuki, żeby jego entuzjazm utrzymał się jak najdłużej.

A ja chyba poszukam jakichś tabletek z kofeiną i tauryną dozwolonych w ciąży, podwiążę brzuch elastyczną taśmą, żeby nie opadł za nisko i zacznę jeść więcej węglowodanów, bo czuję, że nie wyrobię w tym nowym trybie.

PS. Od wczoraj koło naszego domu robi okrążenia tłusty, wielki bocian. Teraz już na pewno wszyscy się dowiedzą 😉

Very merry bestsellery?

Jako, iż raz na kilka miesięcy pozwalam sobie na drobne szaleństwo zamawiania książek na merlinie, mam okazję obserwować rynek wydawniczy. Można nawet powiedzieć, że jestem na bieżąco. Czasem , kiedy już mam wolną chwilę, ale nie mam już na nic energii, przeglądam te wszystkie nowości i bestsellery dla zwykłej przyjemności.

W ciągu ostatniego kwartału rzuciło mi się w oczy zatrzęsienie książek na temat wspinaczki wysokogórskiej. Bo zima, to trzeba się wspinać, bo taka moda, bo Everest, Urubko i inne Kanczendzongi. Wydaje mi się, że jeśli na chwilę obecną nie posiadasz na swoim regale książki o tej tematyce, jesteś w passe jak tipsy i solarium.

Swoją drogą, Dzika ostatnio doszła do wniosku, że w dzisiejszych czasach każdy ma hashimoto i monsterę w domu, więc jakieś dziwne wzorce krążą cały czas niczym grypa. Monsterę mam, więc chyba się nieświadomie w nie wpisuję.

Wracając do książek – alpinizm rządzi niepodzielnie. W dziale „biografie” można znaleźć już tylko pozycje w stylu „Moja droga na szczyt”, „Szczytowanie na Evereście”, „Drogą pod górę”, „Szczytem w pysk” i inne temu podobne. Oczywiście czasem pomiędzy nimi zagubi się jakaś biografia Barbary Stuhr albo innych celebrytek, o których nigdy nie słyszałam, więc ta kategoria pozostaje dla mnie martwa.

Kwestię poradników powinnam pominąć milczeniem, ale zwyczajnie nie mogę. Bo na przykład taka książka „Głodówka krok po kroku”. No błagam, co tam może być odkrywczego?! Wyobrażam sobie, że ma zaledwie dwie strony: na jednej autor napisał „Przestań jeść”, a na drugiej „Nie jedz wcale”.

Albo na przykład „Jelita wiedzą lepiej”. A ludzie, nadal głupi i nieświadomi, do wróżek chodzą i horoskopy czytają. Od dziś wszelkie życiowe decyzje pozostawiam do rozpatrzenia moim jelitom. Może dlatego w amerykańskim slangu mówi się „What does your gut tell you?”.

Albo taka „Sztuka obsługi penisa”. Przepraszam bardzo, ale czy czasem nie balansujemy na granicy totalnego absurdu? Chociaż podobno W XXI wieku wszystko może być uznawane za sztukę…

Bestsellery z gatunku kryminał/thriller/horror, też pozostawiają wiele do życzenia. Mieliśmy niewątpliwą przyjemność pożyczyć od Voytka (mojego szwagra) okrzyczaną i sławną „Dziewczynę z pociągu” w postaci audiobooka. Naciskałam, żeby słuchać jej w drodze na wakacje, bo w sumie i tak nie mieliśmy niczego lepszego.

O matko jedyna! Przez cały tydzień nie byliśmy w stanie jej skończyć. Oboje mieliśmy wrażenie, że między nami w aucie siedzi narzekająca kobieta. Akcji zero. Same rozważania, problemy egzystencjalne i inne rozterki.

Po tygodniu słuchania (w aucie spędziliśmy łącznie 24 godziny – Dziubas sprawdzał na jakimś liczniku) chyba nie doszliśmy do połowy. Ja miałam ochotę wyskubywać sobie rzęsy i obgryzać paznokcie, a Dziubas rozbić się na pierwszym lepszym drzewie. Zakończenie przeczytałam już w domu, na wikipedii. Przewidziałam je po kilku godzinach słuchania. Dotarcie do finału zajęłoby nam pewnie kolejny tydzień, więc woleliśmy nie ryzykować.

Całe szczęście, że ostatnio udało mi się zaopatrzyć w trochę sensownych książek i następny miesiąc mam z głowy. Bo zupełnie nie wiem, co miałabym dla siebie wybrać. Liczę na to, że w niedługim czasie pojawi się COKOLWIEK, bo zacznę czytać ulotki z Biedry albo te z lekarstw.

A firma, w której pracuje Szalikowa, zamknęła ostatnio dwie księgarnie.

Chyba nadchodzą jakieś czytelnicze ciemne wieki…

Powrót do rzeczywistości (cz. kolejna)

Wróciliśmy z naszego bieszczadzkiego „lenistwa” w niedzielę, ale dopiero dzisiaj (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że mamy piątek…) mam chwilę, żeby usiąść i wrócić do świata żywych. Do tej pory, kiedy już znalazłam moment na podpięcie się do sieci, nasz cudowny internet odmawiał posłuszeństwa. Ale teraz już siedzę, wyprałam tonę ciuchów, sprzątnęłam dom kilkanaście razy (nadal jest brudno) i pozałatwiałam milion zaległych spraw. Staram się nie przyjmować do wiadomości faktu, iż w poniedziałek Dziubas już wraca do pracy, gdyż powoduje to u mnie stan niemalże depresyjny.

Tydzień na miejscu zleciał błyskawicznie. W dużej mierze dlatego, że postanowiłam sobie spokojnie odpoczywać, a więc nie siedzieliśmy w miejscu nawet przez chwilę. Wróciłam fizycznie wykończona, ale może dzięki tej aktywności nie przytyłam dwieście kilo – bo karmili nas aż za dobrze. Obawiałam się, że po siedmiu dniach Dziubas będzie musiał wynająć dźwig, który przetransportuje mnie z hotelu do samochodu.

Obecnie jestem w 22 tygodniu mojego wielorybienia i przeżywam to, na co wszyscy kazali mi się nastawić, czyli żałobę obcych ludzi na wieść o drugim dziecku tej samej płci. Boszsz…no ja wiem, że nawet Matka Teresa z Kalkuty nie była w stanie wszystkich zadowolić. Tym bardziej ja niespecjalnie przejmowałam się kiedykolwiek tym, co ludzie myślą, ale wszystko ma chyba swoje granice.

Tak, ja rozumiem, że wszyscy dookoła potrzebują odmiany, że drugi chłopak to nudne, bo to już było, no ale błagam! Jeśli jeszcze raz usłyszę od jakiejś troskliwej sąsiadki albo kogoś, kogo znam zaledwie z widzenia, że „Ooo, jaka SZKODA!” albo coś w stylu „No to może za TRZECIM RAZEM SIĘ UDA”, od razu dam w ryj. Nawet nie będę się silić na ripostę, natychmiastowy cios z półobrotu i sprawa załatwiona.

Co więcej, zauważam, że ludzie (nadal ci obcy) mają jakąś dziwną potrzebę opowiadania mi o skomplikowanych porodach, chorobach albo innych powikłaniach. Nagroda główna wędruje do pewnego pana taksówkarza, który wioząc mnie na USG ostrzegł mnie, żebym nigdy nie oglądała filmu „Botoks” i żebym go nawet NIE PROSIŁA, bo nie będzie mi opowiadał, co tam zobaczył. Odparłam, że nie będę i dziękuję za ostrzeżenie. Po tym oczywiście opowiedział mi ze wszystkimi drastycznymi szczegółami jakąś chorą i patologiczną scenę skrobanki dorzucając „No wyobraża pani to sobie?!”. Luz. Miałam ochotę wysiąść w biegu i przytrzasnąć sobie głowę drzwiami na do widzenia.

Przeżywam też intensywnie zbliżający się wielkimi krokami pierwszy dzień Boba w przedszkolu. Na pocieszenie Dziubas znalazł mi w Ikei pudełko niezmywalnych pisaków do tkanin, bo wszyscy naokoło straszyli mnie, że nazwisko Boba będę musiała mu na ubraniach i rzeczach WYSZYWAĆ. Co jak co, ale szycia nienawidzę (chyba bardziej niż zmiany pościeli i prasowania) i kiedy w czymś wylatuje mi dziura, od razu to wyrzucam, bo wiem, że każda próba naprawy popsuje ten ciuch o stokroć bardziej.

Poza tym moja fryzura zaczęła odrastać i z frywolnego boba przekształciła się w coś w stylu Lorda Farquaada ze Shreka. Targają mną sprzeczności – skrócić bardziej i mieć spokój, czy zapuszczać i później coś wykombinować. Na dzień dzisiejszy marzy mi się balejaż albo inne ombre. A póki co spinam je z tyłu gumką.

Na koniec ogłaszam wszem i wobec – wracam do życia codziennego, do mojego kochanego bloga i do Was – bo już nie mogę się doczekać, żeby do Was zajrzeć 🙂

Podsumowanie przedwyjazdowe

No nareszcie! Doczekaliśmy się naszych wakacji!

Oczywiście, jak to zwykle bywa kiedy się czeka, dookoła wszystko staje na głowie.

I bynajmniej nie twierdzę, że cokolwiek mi się ciągnęło, wlokło, a już na pewno nie nudziło. Nie, nie. Przecież normalnie być nie może, to już ustaliliśmy dawno temu.

W ciągu ostatnich kilku tygodni:

– Dziubasa pożarły jakieś dzikie osy – całe szczęście, że tym razem nie zaczął puchnąć jak dwa lata temu, kiedy trzeba było jechać na zastrzyk do przychodni. Jednak euforii nie mogło stać się zadość, gdyż jedna z nich użarła go w brew, dzięki czemu najpierw miał na niej bąbel wielkości przepiórczego jaja (bez kropek, jakby kto pytał) a dzień później największe limo pod okiem, jakie w życiu widziałam. Nocą najwyraźniej jajo zjechało w dół i postanowiło odrobinę zesinieć. Dziubas po weekendzie zawierającym Dzień Matki wrócił do pracy z podbitym okiem. Nie chciał się podzielić komentarzami kolegów.

– Dziubas chlasnął sobie palec podczas krojenia najostrzejszym nożem zamrożonej bułki – jako, że to ja poprosiłam go o bułkę z serem, wyrzutom sumienia nie było końca. Trafiło na opuszek, więc krwi było tyle, jakbyśmy zaszlachtowali w kuchni jakiegoś wieprzka na wesele. W pierwszym momencie wydawało mi się, że w ogóle sobie ten palec obciął, więc prawie zemdlałam (oczywiście nie powiedziałam mu tego, jako osoba o wykształceniu średnim medycznym). Potem chyba szok mnie ocucił i zatamowaliśmy Niagarę.

– Bobo nawinął mi się na maszynkę do golenia, więc jak zwykle obcięłam go za krótko. I jeszcze z efektem schodków w niektórych miejscach, bo zaczęłam obcinanie nożyczkami. Pomyślałam, że po ostatnim taplaniu w baseniku włosy śmierdzą mu jak sierść mokrego psa i już nie mogłam żyć dłużej z tą myślą. Dzięki tej fryzurze wiem, że na fryzjerkę nie nadawałabym się nigdy. Dziubas potwierdza. Ba, nawet zachęca do obejrzenia tutoriali w sieci jak strzyc. Pozwala mi ćwiczyć na Bobie. Sądzę, że to bardzo wspaniałomyślne z jego strony.

– Jestem ostatnio co rusz atakowana przez moją prawą nerkę, więc radości, nospie i uroseptom nie ma końca. Od razu czuję, że żyję. W poprzedniej ciąży było podobnie, tylko jakoś słabiej. Zmuszam się do picia wody mineralnej, której nienawidzę i filtruję dziennie kilka litrów płynów, ale jakoś na razie ulgi nie ma. Jeśli jeszcze jedna osoba obok mnie powie, że ciąża jest stanem błogosławionym, ma w ryj. W całym życiu nie miałam tylu rozmaitych dolegliwości co podczas ciąż właśnie. Pocieszam się, że kończę 20-ty tydzień, więc połowa już za mną.

– Dziś około południa wyciągnęłam sobie z przedramienia kleszcza wielkości główki od szpilki. Wyjątkowo małej szpilki. Zabawne jest to, ze złapałam go w środku miasta przechodząc pod trzema drzewami z kościoła do samochodu. Żyję na wsi, otoczona lasem, łąkami i trawami, ale użarł mnie pośród betonu. W zasadzie nie powinno mnie to dziwić, bo poprzedniego (pierwszego zresztą w mojej karierze) dostałam w prezencie u dentysty. W sterylnym gabinecie. Idąc tym tokiem myślenia, kolejny powinien mi się wczepić na porodówce albo pod prysznicem. Tak czy siak, natychmiast go wyciągnęłam i zawieźliśmy go z Dziubasem do analizy (jakby ktoś nie wiedział, to normalne, chociaż ja, kiedy się dowiedziałam o badaniu kleszcza, zbierałam szczenę z podłogi). Miałam zatem ogromną frajdę płacąc za całą imprezę 180 złotych. Te pieniądze zapewniły mojemu (martwemu już zresztą) kleszczowi sekcję zwłok z pełną diagnostyką, a także „ODWIROWANIE MATERIAŁU”, czyli przejażdżkę na rollercoasterze.

– W połowie tygodnia zepsuła się nam dmuchawa do oczyszczalni i okazało się, że nijak nie da się jej naprawić. Spędziłam jeden wieczór (aż do późnej nocy) doktoryzując się w jej parametrach technicznych. Kupiliśmy nową i, ku naszemu zdziwieniu, dotarła już w piątek, po dwóch dniach od zamówienia. Dziubas ją zamontował, po czym stwierdził nieszczelność w sterowniku, więc zaklejaliśmy go silikonem. Wszystko niby działa, ale mamy nadzieję, że nie wywali nam ścieków podczas wyjazdu. A nawet jeśli, to i tak nie wrócimy. Więc w sumie niech sąsiedzi mają nadzieję, ja będę mieć wolne.

– W środę zamówiłam pizzę. Z racji tego, że Dziubas miał dzień pizzy w pracy, mnie też się zachciało. Wybrałam sobie dużą (50 cm), żeby starczyło na dwa dni. W sensie, zaplanowałam już, że nazajutrz gotować nie zamierzam. Po godzinie, kiedy w brzuchu burczało mi już z siłą wiertarki udarowej, pan w końcu dotarł, za towar zapłaciłam i weszłam naiwnie do domu. Okazało się, że dostałam zwyczajną Margaritę. Buła i ser, koniec. Po oddzwonieniu do dostawcy dowiedziałam się, że bardzo mu przykro, zabierze ją z powrotem a pizzeria zrobi mi tą, którą chciałam, bo on tą moją komuś wydał. Czekałam na niego przez kolejne 45 minut, z pachnącą pizzą w przedpokoju, skręcając się z głodu i ocierając o halucynacje. Pan przywiózł moje zamówienie i stwierdził, że tamtą dostaję gratis. Luz. Nagle nasz dom został uzupełniony o 100 centymetrów podłego żarcia. Dziubas ma do pizzy wstręt do dziś.

– Miałam pakować się na wyjazd przez cały weekend, pomału, stopniowo i bez szaleństwa w oczach. Póki co torby stoją do połowy pełne (pozytywne myślenie, pozytywne myślenie, pozytywne…), w domu nie udało się tak do końca posprzątać, właśnie jest burza, a ja siedzę, piszę notkę i biję się z myślami, żeby nie jeść słodkiego. Bo ono tam jest i czeka na przytulenie do serca. Albo do szczęki. Też na es. Walczę też z nerką i udaję, że ją ignoruję. Jak na razie wygrywa, więc muszę jeszcze popracować nad siłą mojej autosugestii. Oczywiście jak tylko się spakuję…

PS. Czekamy na drugiego chłopczyka 🙂