Wirujący Zenek

Wczorajszy dzień przejdzie do historii.

To właśnie wczoraj poczułam jak to jest, kiedy w jednej chwili niszczy się własne dzieciństwo, świat się wali i pali, wspomnienia okresu dojrzewania zostają pozbawione sentymentu i wszystko nagle wydaje się puste i miałkie. Takie pozbycie się złudzeń. Ostrzegali, że tak się dzieje po trzydziestce.

Ale może zacznę od początku.

Otóż wczoraj wieczorem telewizja wyemitowała film pod tytułem „Dirty Dancing”. Momentalnie porzuciłam wszystko, co miałam w planie zrobić i zasiadłam na kanapie.

Boszsz…dziewczyny, na pewno się ze mną zgodzicie, że ten film ma w sobie to COŚ. No nie wiem. Dla mnie przynajmniej ma. I to wcale nie tak, że ten taniec mnie jakoś zachwyca, w końcu sama nie odróżniam prawej nogi od lewej i nie tańczę nigdy. Swayze też niby jakoś specjalnie mi się nie podobał. Ale do dziś pamiętam, jak obejrzałam go w wieku 12 lat i nie mogłam pół nocy spać.

No bo ONA. Niby brzydkie kaczątko, ale na koniec tańczy jak profesjonalistka. Rozkochuje w sobie najprzystojniejszego i najbardziej rozchwytywanego tancerza.

No bo ON. Może nie do końca piękny, ale rusza się bosko na parkiecie i nosi ramoneskę. Wybija szybę w aucie. Taki zły chłopiec.

Tak więc siedzę i oglądam. Przypominam sobie te wszystkie kawałki, sceny i wzdycham.

O dziwo, nagle zjawia się Dziubas i PRZYSIADA SIĘ DO MNIE. Zaczyna oglądać ten film ze mną i jest wyraźnie zaciekawiony. Nie protestuje, kiedy opowiadam mu szczególy, których nie wyłapał. Niuanse, których nie zauważył. Kiedy każę mu teraz być cicho i podziwiać, bo to kultowa scena.

Baby i Johnny spotykają się późnym wieczorem i zaczyna się niezwykle zmysłowa scena tańca, która kończy się wiadomo jak. Kamera robi zbliżenie na jej twarz…i na jego.

I wtedy TO mnie trafia.

Teraz mała dygresja, żeby TO zrozumieć – jakiś miesiąc temu Dziubas odkrył kanał Polo TV (Skąd my w ogóle mamy coś takiego?!) i zaczął wnikliwie analizować muzykę disco polo. Zastanawiać się nad jej fenomenem, nad tekstami, podziwiać teledyski etc. Moim przytykom, że pewnie tą muzykę skrycie wielbi, stanowczo zaprzeczał. Niestety, dzięki tej (całe szczęście) krótkotrwałej fascynacji, miałam okazję poznać wielu wykonawców i ich wielkie przeboje. Były to w większości rzeczy określane jako te, których nie da się już odzobaczyć.

Wracając – patrzę Ci ja na tego wijącego się Patricka i nagle widzę.

Widzę i nie wierzę.

Patrick Swayze wygląda jak Zenek Martyniuk.

Boszsszszsz…

„A mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat”.

No i koniec.

Lata sentymentów i wypieków na twarzy poszły w zapomnienie.

Kosmici napadli na ziemię.

Lew ze spotu Metro Goldwyn Mayer zaryczał.

Nietzsche zapłakał.

Przecieram oczy, oszukuję swój mózg, wmawiam mu, że coś mu się pomyliło, żeby NATYCHMIAST pozbył się tego strasznego porównania…ale nie może.

Patrzę na Patricka, widzę Zenka.

Koszmar.

Nie wiem, czy płakać, czy wyrywać sobie włosy z głowy. A może wybiec nago przed dom i zacząć krzyczeć.

Bo widzę i nie mogę przestać tego widzieć!

Oliwy do ognia dolewał co chwilę Dziubas, mówiąc o nim np. „Patrz, jak Zenek tańczy!” albo ustawiając mi na tapecie telefonu jego zdjęcie i podsuwając pod nos w momencie mojego rozkojarzenia.

Wczorajszego wieczoru poszłam spać mając poczucie straty, ba! ŻAŁOBY! Bo już nigdy nie obejrzę tego filmu bez Zenka przed oczami.

No, może trochę poprawiłam sobie humor ustawiając Dziubasowi Zenka na tapecie telefonu. Ale tylko trochę i tylko na chwilę.

Ech, po trzydziestce nic już nie jest takie samo…

P.S. „Nobody puts Baby in the corner!” 🙂

Reklamy

Kluczenie wśród zamków

Wszystko zaczęło się od tego, że Dziubas zgubił klucze.

Oczywiście pomimo naszej burzy mózgów, nie udało nam się wywnioskować jak i gdzie to się mogło stać. Logicznie rzecz biorąc, gdybyśmy to wiedzieli, pewnie byśmy ich tam szukali.

Nie wpadając w panikę, w porannym biegu po zdrowie, Dziubas zdecydował, iż zmienimy zamki. A przynajmniej jeden. Wykręcił wkładkę z drzwi, przyłożył do niej rozłożony metr (jak na W11) i popełnił straszliwy błąd, wysyłając mnie w celu załatwienia całej sprawy.

Nie pomogły prośby ani groźby, Dziubas stwierdził, że na pewno sobie poradzę. No doprawdy, nie mam pojęcia skąd u niego w takich momentach ta olbrzymia i niezachwiana wiara w moje możliwości.

Zaczęłam od sklepu, w którym kupowaliśmy nasze drzwi. Pan sprzedawca, na moje pytanie o wkładkę do zamka, zaproponował jedynie całe drzwi. No dzięki Bogu nasze jeszcze się otwierają i zamykają, więc nie bardzo potrzebuję kolejnych. Był jednak na tyle uprzejmy, że sprawdził okoliczne sklepy (bo muszę dodać, że znalazłam się w istnym zagłębiu techniczno/budowlano/płytkowym) i pokazał mi jakiś szyld, wyprowadzając mnie na tył sklepu jakimś vipowskim wyjściem.

Obeszłam resztę lokali dookoła. ZERO. A więc ten napis Gerda był tylko dla zmyłki. Jako, iż wierzę na codzień w Prawo Popytu i Podaży („Jak się popytosz, to ci podadzą!”), wlazłam w jakieś okna i inne rolety zapytać, czy faktycznie Gerdy tu nie znajdę. W tym punkcie usługowym pewien młody człowiek poradził jednak wycieczkę do centrum miasta. W związku z tym, że już byłam zmęczona tuptaniem, postanowiłam porozmawiać jeszcze o moskitierach, żeby trochę odpocząć i poznać realia zabezpieczania się przed ustrojstwem.

Po wyjściu doszłam do wniosku, że koniec z tym! Nie ma, nie da się, więc trzeba zrobić w końcu te zakupy (cel nr 1 w tej okolicy) i wrócić do domu (a w sumie do mamy) żeby odpocząć.

Po drodze zupełnie spontanicznie weszłam do jakiegoś burżujskiego salonu drzwiowego (bo a nuż…) i pożałowałam tego od razu. Pan Guru o skłonnościach filozoficznych w stylu Schopenhauera (czyli życie nie ma sensu, zabijmy się od razu) stwierdził w wyjątkowo długim monologu, że „Ooo nie! Takiego czegoś, to pani NIGDY nie znajdzie! I to jeszcze sama wkładka?! Nie cały zamek?!A w dodatku to jakiś NIETYPOWY, to nie ma najmniejszych szans, żeby to znaleźć!”. Boszsz…stałam tam z rozdziawioną japą zastanawiając się, czy on tak na serio. A potem myśląc, czy mogę wyjść w trakcie tego libretto, w którym jakieś 654754837 razy padło słowo „stricte”. Skierowałam wzrok na dwie panie siedzące za biurkiem obok, które obdarzyły mnie przepraszającym uśmiechem, a ja podziękowałam i uciekłam, prawie wybuchając mu śmiechem w twarz.

Będąc pod marketem, zadzwonił Dziubas, żebym jeszcze się wróciła do jednego sklepu. Bo to ważne, bo to priorytet, bo nie musimy jeść ale zamykać to się już trzeba, itd itp.

Matko…no to zawracam ten kandzioł. Wchodzę do środka. Pan, obsługujący jakąś starszą klientkę informuje mnie, że kolega wraca za cztery minutki (doprawdy, cztery? Cóż za precyzja, nonono…), bo pewnie na niego właśnie czekam.

Zmęczona, spocona i zdyszana jak zboczeniec odpowiadam, że w sumie wszystko mi jedno.

Pan, w odpowiedzi na to, wybucha perlistym śmiechem i mówi, że „On koledze tego nie przekaże, bo przecież jak tak można i chyba nie byłoby mu miło, haha. Achhh, te kobiety…”

No, umówmy się. Nie dreptam od pół godziny w kółko nagabując ludzi o wkładkę dla własnej przyjemności, a już na pewno nie dla własnego spełnienia. Ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, to sprawiać przyjemnostkę jakiemuś obcemu facetowi, który palił przed wejściem papierosa.

Odpowiadam więc, że co jak co, ale nam, KOBIETOM, to na codzień komplementów nikt nie prawi. Nie można tego robić, bo to nas rozpieszcza – tak twierdzą mężczyźni, więc odpłacamy im tym samym.

„Hahahahaha!” – cieszy się Pan. No naprawdę, nie wiem, co w tym śmiesznego.

Wraca palacz, Pan rzuca w moją stronę konspiracyjne „Ciii, ciiii! Już jest, NIC MU NIE POWIEM!”. Palacz ma nieco zdezorientowaną minę, ja chyba jeszcze bardziej. Oczywiście po wkładkę wysyła mnie gdzie? Ano do centrum. Tym razem w inne miejce niż chłopak od okien.

Boszsz…docieram do marketu i pcham wózek, odbierając trzydzieści połączeń od Dziubasa, że mnie prosi, że jest jeszcze jeden sklep w mojej drodze powrotnej (nie wiem, skąd wie, że akurat tamtędy mam zamiar wracać, a tym bardziej, że W OGÓLE zamierzam wracać!) i on już tam dzwonił i tam na pewno to mają. Także Dziubaśniku, zapomnij o zakupach, po co nam jedzenie, jedź tam JUŻ, NATYCHMIAST!

W dzikim pędzie zabieram pod pachę siatę kociego żarcia (dla mamowych kotów), płyn do płukania i półmetrową roślinę doniczkową, z którą potem wybieram się prosto do toalety, ku zdziwieniu reszty klientów.

Do ślusarza docieram dość szybko i bezproblemowo,a na miejscu stoję, stooooję, stoooooooooję. Nareszcie pani (chyba) właścicielka zaszczyca mnie swoją obecnością, a mnie opada kopara. Za ladą staje kobieta, na oko po czterdziestce, w rozciągniętym, piżamowo-welurowym dresie. Luz. Za Chiny nie pokazałabym się tak ludziom, ale niektórym wizerunek swojej działalności zwisa i powiewa. Z ogromną niechęcią zapisuje na kartce mój numer telefonu z informacją, że zamówi taką wkładkę.

Później, w drodze powrotnej do domu, opowiadając to Dziubasowi dowiedziałam się, że jest to serwis, który zajmuje się też awaryjnym otwieraniem samochodów. Od tego momentu wszystko staje się jasne – pani miała dres, bo pewnie wróciła nad ranem z akcji wybijania ludziom szyb w autach. A ten garnitur sztucznych zębów (góra i dół) pewnie stąd, że policja widząc ją z jakimś łomem w łapie, nie trudziła się w pierwszej kolejności wywiadem z ewentualną podejrzaną.

Na koniec dnia, kiedy nogi weszły mi w miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę (swoją drogę nie wiem, skąd myśl, że słowo „plecy” ma w sobie cokolwiek szlachetnego…), Dziubas zadzwonił poinformować mnie, że już zamówił wkładkę przez internet. A godzinę później, że klucze znalazł w pracy.

Idę więc położyć się z nogami do góry. Wam radzę to samo, szczególnie, jeśli dotarliście do końca tego wpisu 😉

W punkt!

Po pierwsze, tak na wstępie, chciałabym wiedzieć skąd pomysł na reklamę, w której mamusia radzi (dorosłemu już zresztą) synkowi, żeby ugotował dziewczynie rosół na kostce rosołowej. No przepraszam bardzo, ale jeśli nasze pokolenie zamiast żółtej kostki nie potrafi wrzucić do gara kilku nóg z kurczaka żeby stworzyć prawdziwą zupę, to faktycznie, wszyscy zginiemy śmiercią niechybną.

Po drugie, nagle okazuje się, że rzodkiewka szkodzi zdrowiu. Oczywiście, ja wiem, że nowalijki, że niezdrowe, że to, że tamto. Ale czy przypadkiem nie żyjemy w świecie zdominowanym przez sztuczne i chemiczne żarcie? Nawet chcąc hodować jakieś warzywa na swojej grządce trzeba je pewnie pryskać jakimś środkiem, żeby ich nie zeżarły robale albo jakaś inna zaraza. Co więcej, okazuje się, że szczególnie ciężarne nie powinny tej rzodkiewki jeść. To cudownie, bo mój organizm w sezonie wiosenno-letnim w zasadzie składa się w 90% z rzodkiewki i nie wyobrażam sobie, żebym mogła ją pominąć. Wszystko jest niezdrowe. Warzywa i owoce są chyba i tak zdrowsze niż szpikowane antybiotykami kurczaki. Tak więc jedzmy zieleninę. A skoro, zgodnie z ostatnim trendy hasłem, czekolada jest rośliną, to jedząc czekoladę, spożywamy sałatkę. O!

Po trzecie, po raz pierwszy w życiu miałam okazję oglądać spektakl pod tytułem „mycie okien w deszczu”, którego głównym pomysłodawcą (i wykonawcą zarazem) był oczywiście Dziubas. Otóż stwierdził on, iż deszcz idealnie spłukał brud, który utworzył się na dachowych oknach, więc on teraz tylko przetrze, popsika i ściągnie ściągaczką. Efekt trzeba było podziwiać natychmiast, bo za chwilę zaburzył go…padający deszcz.

Po czwarte, ostatnio miałam okazję wiele razy usłyszeć stwierdzenie, że czyjeś dziecko mieści się, bądź też nie, w siatce centylowej. Oczywiście, byłam świadoma istnienia takiego tworu, jednakowoż nie wierząc w statystykę, nie dawałam się ponieść śledzeniu tego typu wynalazków. Bo statystycznie rzecz biorąc każdy człowiek ma trzy nogi (no, może faktycznie, w pewnych rejonach Afryki…). A jedyna siatka, w jaką zaglądałam, kiedy Bob był niemowlakiem to ta z gotową lasagne z Biedry.

Po piąte, Dziubas postanowił odświeżyć swoją garderobę, dorzucając do niej dwie koszule, spodnie i marynarkę. Ja nie wypuściłam go ze sklepu bez butów, które są tak cudowne, że mogłabym układać je sobie na półce w salonie, rozmawiać z nimi, a pewnego dnia mieć z nimi dziecko. Dziubas początkowo nie chciał o nich słyszeć, ale uległ kiedy połączyłam siły ze świetną ekspedientką. Tą samą zresztą, która ubierała go w smoking do ślubu. Chciałabym, żeby z nami zamieszkała. Wisienką na torcie jest fakt, iż do tych zakupów starannie się przygotowywał, oglądając tydzień wcześniej poradniki na jutubie. Dzięki temu mogłam się doktoryzować w tym, jak dobrać koszulę do figury, co to jest brustasza i poszetka i jak tę ostatnią układać. Koniec końców Dziubas nadal chodzi do pracy w dżinsach i t-shircie. Dzięki Bogu, koszule w razie potrzeby prasuje sobie sam.

Po szóste, kiedy jakiś czas temu Dziubas szedł na pogrzeb (zmarła nasza starsza sąsiadka z naprzeciwka), wdaliśmy się w konwersację, która ostatecznie i kompletnie stępiła mój umysł i spowodowała (mam nadzieję, że nie trwały) wytrzeszcz. W ostatniej chwili (wieczór przed) przypomniało mi się, że nie mamy żadnych kwiatów. Na wsi pod cmentarzem nie sprzedają, więc kicha. Dziubas wówczas odpowiedział ( tonem, który podkreślał jego nieomylność i nieskończoną pewność siebie), że przecież on nie będzie kupował kwiatków. Pójdzie na pogrzeb, złoży kondolencje, ale nie jest z rodziny, więc nie czuje się w obowiązku składać żadnej wiązanki. On tam idzie tylko po to, żeby UATRAKCYJNIĆ UROCZYSTOŚĆ.

No i luz.

Jakby ktoś chciał wynająć Dziubasa na pogrzeb w ramach atrakcji, piszcie na maila. Stawkę godzinową ustalimy na bieżąco, jakoś się dogadamy 😉

Ufff…siódmego punktu nie będzie. Bo nastawiam się psychicznie na jutrzejszą wizytę u fryzjera i chyba muszę zjeść coś słodkiego. Trzymajcie kciuki!

Kobieto, poddaj się!

Mam po prostu DOŚĆ.

To w zasadzie jedyny powód, dla którego chciałam napisać tę notkę.

Mam dość wszechobecnej motywacji, coachów i patetycznych tekstów w sieci.

Mam dość wściekłej rywalizacji -ba! – WYŚCIGU SZCZURÓW pomiędzy kobietami. A już szczególnie kobietami-matkami.

Skoro zewsząd atakują nas ci lajfstajlowi coache, to ja zwracam się dzisiaj do Was jako COUCH – bo piszę oczywiście z mojej kanapy 😉

Otóż kobiety moje najdroższe, babeczki, dziewoje i dziewczęta, PODDAJCIE SIĘ! 🙂

1. Jesteś zmęczona? – Odpocznij.

Boszsz…no wybaczcie, ale nikt mi nie wmówi, za żadne pieniądze świata, że będę szczęśliwa i spełniona, jeśli po 14 godzinach latania za Bobem z wywieszonym ozorem spakuję torbę i pojadę na zumbę poskakać sobie trochę dla zdrowia. Nikt nie zmusi mnie, żebym po godzinie 20-stej, kiedy szoruję pyskiem po podłodze, wsiadła w samochód i pojechała na basen zrobić 10 długości. Nie dla aerobiku, nie dla cross-fitu, zajęć z tańca na rurze. NIE, NIE, NIE! Na dzień dzisiejszy, drodzy nawoływacze „Dasz radę! Bądź fit!” jestem przede wszystkim matką. DWULATKA. Spore szanse, że z ADHD 😉 Nie będę czuła się gorsza z tego powodu, że wolę wieczór się położyć i zamknąć na chwilę oczy w totalnej ciszy. Wypchajcie się bezglutenowym tofu.

2. Nie chcesz? – Nie rób.

Proste jak drut, czyż nie?

Otóż wyobraź sobie, matko i żono, że nie musisz codziennie latać po domu w pełnym makijażu, z natapirowanym włosem i nieskazitelną czerwienią na paznokciach.

Bądź zadbana. To wystarczy.

Nie musisz ścierać kurzu ubrana w miniówkę, czy gotować obiadu jednocześnie trzymając na twarzy maseczkę glow-coś-tam za jedyne trzy stówki.

Wyluzuj. Jeśli tylko nie przesuwasz się smętnie w szlafroku wypranym ostatni raz w 2005 roku, nie ma powodu do paniki.

Żadna z tych wystylizowanych panienek nie wygląda tak na codzień. Malują je do zdjęcia cztery godziny. Ja wiem, że Ty wiesz, ale nie zapominaj o tym.

Przeżyj jakoś ten dzień, ugotuj obiad i posprzątaj, a raz na jakiś czas po prostu gdzieś wyskocz z koleżankami, żeby włożyć te wszystkie ciuchy, których nie nosisz w domu. Bo poplamią się jedzeniem, Bobo się przytuli jakimś umorusanym dziobem albo domestos Ci kapnie.

3. Przewróciło się? – Niech leży.

Nie zbawisz świata, jeśli dzisiaj nie wyszorujesz wszystkich szafek w kuchni i nie nawoskujesz podłogi w łazience.

Zrobisz lepiej sobie i innym, jeśli czasem sobie odpuścisz.

Włącz sobie jakiś serial, zrób pachnącą kąpiel a potem pachnącą herbatkę i po prostu się wyłącz.

Wiem jak to brzmi.

A najlepsze jest to, że pisze to kompulsywna pedantka.

Ale wiecie co? Jest pewna subtelna granica pomiędzy posiadaniem szczęśliwej rodziny, która czasem zje wśród lekkiego bałaganu, a perfekcyjną panią domu, która wytyra się latając po całym domu ze ścierą, nagabując członków rodziny, że znowu zostawili podniesioną deskę.

Teraz piszę do Was z domu, w którym na samym środku stoi rozwalone pudło z Bobowymi zabawkami. A koło mnie na kanapie leży moja zwinięta bluza i spodnie.

Pół roku wcześniej żyłka by mi pękła.

Ale dzisiaj jakoś z tym żyję i dzięki temu mogę coś napisać na blogu. Bo inaczej umordowałabym się odkładaniem 4873409 rzeczy na swoje miejsce do północy.

Jutro też jest dzień, rama rama, om om.

4. Sexy mama? – Bahama mama!

Otóż presja na to, żeby przede wszystkim WYGLĄDAĆ zadziwia mnie ciągle na nowo.

Wyobraź sobie, mamuśka, że nie musisz mieć dwa tygodnie po porodzie brzucha z sześciopakiem jak Lewandowska albo inna Chodakowska. To jakiś totalny bullshit.

Otóż dziewoje moje drogie, mamy być przede wszystkim SZCZĘŚLIWE!

My! Same ze sobą!

Każda z nas jest piękna i niepowtarzalna!

Mamy różne fryzury, rozmiary i różne wtopy życiowe (może inne odrobinę więcej, niż ustawa przewiduje, ale oj tam…) ale jesteśmy wyjątkowe!

Nie zmuszajmy się do tego, żeby spalać się w jakiejkolwiek dziedzinie swojego życia. Pamiętajmy o sobie, doceniajmy się i czasem rozpieszczajmy.

Na litość boską, zjedzmy czasem tą kostkę czekolady! Nawet te wszystkie fit-wariatki wciągają nosem w ukryciu jakieś eklery raz w tygodniu.

I NIGDY PRZENIGDY nie uwierzę, że prawdziwy dojrzały mężczyzna leci na wygląd.

Normalny facet, taki, który chce z Tobą iść przez życie, będzie miał w nosie fakt, że masz w biodrach więcej niż modelka Victoria`s Secret. Dla niego będzie się liczyło to, że dajesz mu miłość i ciepło. I uwierzcie mi, że większość z nich nigdy nie powie „O Boże, nie będę się z nią spotykał, bo miała odrosty z balejażu, hybryda jej schodziła a jej torebka jest niemodna od kilku sezonów”.

Bądźmy sobą, bądźmy wyjątkowe i zadowolone z życia.

I nie bójmy się po prostu NICNIEROBIĆ w wolnym czasie.

Bo zasługujemy czasem na słodkie lenistwo 🙂

Wasz Couch – Dziubasowa.

Dieta pomadkowa

Od dziś zmieniam zdanie na temat współczesnych kobiet.

KOMPLETNIE.

Oczywiście, ja wiedziałam, że jesteśmy twarde, konkretne i wiemy, czego chcemy. Bo świat od nas tego wymaga, bo XXI wiek, bo trzeba mieć umysł jak brzytwa, być wykształconą, wszechstronną i w ogóle rządzić. A przede wszystkim radzić sobie zawsze i w każdej sytuacji.

No i proszę bardzo – okazuje się, że istnieje jakaś tam wąska grupa kobiet, które radzą sobie z twardą rzeczywistością kradnąc na potęgę w drogeriach.

Ja wiem. WIEM. Te wszystkie perfumy Diora, podkłady Chanel czy inne mazidła po tysiąc złotych za sztukę. Mogą kogoś skusić, dać jakieś złudzenie życia na wyższym poziomie. Nie mówię, że rozumiem. Absolutnie NIGDY nie zrozumiem.

Ale nie o tym…

Skoro oczywiście mój umysł dopuszcza do siebie fakt, iż kradzieże istnieją wszędzie i na porządku dziennym – wyobraziłam sobie dziewczyny wynoszące wody toaletowe w stanikach, tusze do rzęs w majtkach czy ładujące jakieś lakiery do paznokci do torebek.

Ale to, co usłyszałam, przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Ba, nie tylko je przeszło. Przeskoczyło, rozwaliło ogrodzenie, zdeptało zasadzone niedawno hortensje i wytarzało się w rozwieszonym praniu.

Otóż, drogie koleżanki i koledzy, kobiety ODGRYZAJĄ SZMINKI.

Rozumiecie to w ogóle?!

„Idę sobie dzisiaj do Sephory powąchać nowe Givenchy i zagryzę jakąś pomadką.”

A może dlatego niektórzy mówią na to pomadka?!

A co gorsza – odgryzą i co dalej?!

W sensie idą potem przez sklep z taką pokerową twarzą, wychodzą do łazienki i tam wypluwają to w jakiś woreczek czy jak?

I czy to znaczy, że tego typu sklepy wprowadzą jakiś nowy system zabezpieczeń? Szminki z formułą przeczyszczającą? Albo „Dziękujemy za zakupy, poproszę jeszcze na koniec o otworzenie ust”?

Matko…No nie umiem już z tą wiedzą żyć normalnie.

Nigdy nie chodzę do tych sklepów z różnych względów, ale argumentem numer jeden przeciwko ich odwiedzaniu był zawsze pan ochroniarz idący za mną krok w krok i dyszący mi za plecami jak zboczeniec.

No i nagle okazuje się, że może miał powód? Bo być może to ja jestem tą potencjalną pożeraczką szminek?

Teraz przed oczami stają mi wspomnienia z dzieciństwa – widzę, jak moje ciotki mówią do siebie: „Krysiu, spójrz w lusterko, bo masz SZMINKĘ NA ZĘBACH”.

Boszsz…jak dobrze, że wtedy nie było takich drogerii…