Wyznanie

Kochani,

Postanowiłam napisać tą notkę, żebyście wiedzieli co tak naprawdę u mnie się dzieje.

Z wyczerpania, braku snu i pewnie też przy „pomocy” szalejącej tarczycy mam depresję poporodową. Z bonusem w postaci nerwicy lękowej i ataków paniki.

Dziś jest dopiero drugi dzień z antydepresantem, który zadziała dopiero za 2-3 tygodnie. Póki co przeżywam koszmar. Wszystkim nam jest bardzo ciężko, a ja nie nadaję się do niczego. Najchętniej leżałabym i płakała albo wpadała w histerię.

Piszę to, bo staliśmy się gronem, które dzieli się ze sobą wszystkim. Bo jesteście dla mnie wparciem, którego teraz ogromnie potrzebuję.

Z jednej strony wiem, że moja normalna codzienność jest na wyciągnięcie ręki, ale coś wpędza mnie w histerię i boję się, że z niczym sobie nie poradzę. Chociaż racjonalnie wiem, że to nieprawda, ale trudno tu o racjonalność…

Bądźcie. Ja też będę od czasu do czasu się odzywać.

Reklamy

Kapciem po mapie

Ostatnie trzy tygodnie zlały się w jeden długi dzień biegania między jednym a drugim Paszczakiem, padania na pysk po 20-stej i wyglądania zza szyby na świat zewnętrzny.

Wreszcie przyszła TA sobota. Moja. Jedna, jedyna i wymarzona, czyli przepustka na wolność. Plany snułam ogromne i kolorowe, w moich wizjach widziałam siebie w pięciu miejscach naraz a czas nigdy się nie kończył. Ostatecznie postanowiłam odwiedzić jeden z oddziałów muzeum a po drodze skoczyć do obuwniczego po pantofle. Otóż moje dokonały żywota już dobrych kilka miesięcy temu i od tej pory człapię po domu w basenowych klapkach Dziubasa. Za dużych o jakieś 5 numerów. Dopóki nikt tego nie widzi, jest w porządku. Gorzej, jak zapomnę i witam listonoszkę w tych rakietach śniegowych.

Wsiadłam w Szprota, odetchnęłam przedwiosennym powietrzem i wcisnęłam gaz do dechy. Słonko świeciło, ptaki śpiewały, radio nie grało. Bo Dziubas znalazł sobie jakąś nową stację i nie pozwolił nic dotykać, żeby mu nie zepsuć.

Już w pierwszych dwóch obuwniczych okazało się, że pantofli nie ma, a z reszty butów (bo przy okazji rozglądałam się za jakimiś przejściowymi) zostały jedynie śniegowce albo balerinki. Reszta półek świeciła pustkami, bo najwyraźniej trafiłam na jakąś sezonową wymianę.

Postanowiłam nie tracić nadziei i podjechać w jeszcze jedno miejsce – do tych samych sklepów, ale w innej dzielnicy miasta. Bo tam na pewno mają to, czego szukam.

Z kolejnej galerii handlowej podminowana ruszyłam dalej, dalej i DALEJ przed siebie! Pędziłam przed siebie, zmieniałam pasy, włączałam kierunkowskazy i bawiłam się przy tym tak świetnie, że o boże.

Stanęło na tym, że objechałam wszystkie obrzeża miasta i nie kupiłam niczego. W drodze do domu przypomniałam sobie, że w sumie mam na strychu takie buty przejściowe z zeszłego roku.

Z planów muzealnych nic nie wyszło, bo brakło mi czasu i siły, więc lekki niedosyt pozostał.

Leżąc wieczorem w łóżku, Dziubas słucha ze zdziwieniem w oczach moich opowieści z trasy a puentę odnośnie braku nowych kapci kwituje głębokim westchnieniem. Na koniec rzuca:

– Dziobas…trzeba było iść do muzeum…

– Wiem… – zaczynam tonem pełnym wyrzutów sumienia, ale Dziubas kontynuuje swoją wypowiedź.

– …Przywiozłabyś sobie od nich pantofle.

Bosz. No NIC nie myślę, NIC A NIC.

Rytuały porządkowe

W ciągu minonego tygodnia okopaliśmy się znów w domu w związku z katarem mniejszym bądź większym i obserwujemy wiosnę od środka.

A skoro wiosna, to wiosenne porządki, prawda? Zaczęłam fantazjować o myciu wszystkiego, odkurzaniu i wyrzucaniu sterty niepotrzebnych rzeczy. Bo minimalizm w domowych sprzętach cenię bardzo. Chociaż wyrzuciłam już chyba wszystko, co się do tego nadawało, ale w moich wizjach ta jest właśnie ukochana – pozbywanie się rupieci.

Oczywiście na co dzień mam tyle sprzątania na bieżąco, że od kilku dobrych miesięcy nie dotarłam tam, gdzie mi się marzy, a w związku z tym, jednym okiem obserwuję „Sprzątanie z Marie Kondo” na Netflixie. Oczywiście towarzyszą temu zrezygnowane spojrzenia Dziubasa, bo on takich programów nie uznaje i w ogóle uważa je za rozrywkę dla starszych pań. Zdecydowałam, że nie przyznam się w takim razie do mojej listy oczekujących pozycji na merlinie, w których 99% to poradniki jak sprzątać, jak wyrzucać i porządkować.

Nie mogę wyjść z podziwu jak ludzie są w stanie nagromadzić tyle śmieci. Matko, duszę się już od samego oglądania! Jak to możliwe, żeby jedna osoba miała tyle ciuchów, że sterta, którą z nich układa, przewyższa ją jakieś dwa razy?!

Ja rozumiem – kobiety lubią zakupy, ubrania, kolekcje, modę itd. ale na jakiego grzyba byłoby mi 15 płaszczyków?! GDZIE miałabym w tym chodzić?! Tak, też lubię dobrze się ubrać, ale na litość – ubrania się jednak zużywają, tak? Ewentualnie – w moim przypadu – w część ubrań już się nie zmieszczę. Stąd w ciąży kupiłam dosłownie 5 rzeczy w najtańszych sieciówkach, bo to na chwilę. Naprawdę nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że otwieram taką zagraconą szafę i wzdycham do niej dniami i nocami. Swoją drogą, ubrania, których już nie noszę, zawsze znajdują kolejnych właścicieli, więc nigdy ich nie gromadzę.

Albo 20 torebek czy 57845839 par butów. Sama lubię buty, ale żeby aż tak? Swoich mam może 5 par…

Pomijam już te schowki, dziecięce pokoje zagracone milionem rzeczy, chociaż dzieci wyprowadziły się 10 lat temu i w nosie mają swoje „pamiątki”. Albo – mój największy koszmar – biuro zawalone stertami kartek. Bo papierów nie znoszę porządkować i nigdy nie umiem zdecydować które należy zachować. Jakkolwiek, kiedy już trafią do swojej teczki, jest w nich niemiecki porządek do przesady.

Sama Marie, która jest filigranową Japoneczką, urzekła mnie do tego stopnia, że chcę żeby u nas zamieszkała i w wolnym czasie układała ze mną ścierki w szufladzie.

Jest natomiast jedna rzecz w jej rytuale sprzątania, której zupełnie nie rozumiem (No dobra, przywitania domu też nie ogarniam, ale to już inna historia). Chodzi tu o dziękowanie ubraniom, których chcemy się pozbyć za to, że dobrze nam służyły.

Pffff. No co jak co, ale nie wyobrażam sobie przytulać się pełna wdzięczności do spodni, w które już nigdy się nie zmieszczę. Albo do kiecki, w której kiedyś wyglądałam jak żyleta, a teraz nie wsadzę w nią nawet jednej nogi. I ja mam jej DZIĘKOWAĆ? No błagam Was. Odkładając ją do wora mam ochotę dać jej w pysk, kłócę się z nią i mam w stosunku do niej same agresywne odczucia. Trzasnęłabym jej drzwiami przed nosem gdybym tylko mogła.

A z innych telewizyjnych rewelacji, zaczęłam oglądać jakiś nudny jak flaki z olejem serial. Tylko dlatego, że rozgrywa się w pięknej scenerii (kręcą to na jakiejś kanadyjskiej wyspie) nad wielką wodą. W „Grace i Frankie” największe wrażenie robił na mnie ocean. Jak nic jestem ODWODNIONA.

Idę na kawę.

Rozstania i powroty

Zacznijmy od tego, że moja codzienność zajrzała prosto w paszczę nicości i beznadziei, kiedy okazało się, że obejrzałam już wszystkie odcinki „Grace i Frankie”. Co gorsza, ostatniej scenie towarzyszyła informacja: „Na nowy sezon zapraszamy JUŻ W 2020 roku.”

Przepraszam, ale czy nie mamy teraz przypadkiem 2019?

Pytam, bo nie wiedziałam jaki dzień był ostatnio, więc może coś pomyliłam przez ten wieczny brak snu.

Czyli na kolejny odcinek mam czekać R O K?!

Bosz…istny balsam na moją niecierpliwą duszę.

Próbowałam spotykać się z innymi serialami, ale to nie było to.

W ramach tego oglądam to samo od początku.

Tak, wiem, MAM PROBLEM. Już trudno. Każdy jakieś tam ma.

Jako, że mizeria lubi kompanię (tłumacząc dosłownie jedno z moich ulubionych angielskich przysłów), zepsuła nam się pralka.

Przycisk start udaje, że nie reaguje na moje polecenia, a wyświetlacz pokazuje, co mu się żywnie podoba. Na przykład OLD zamiast COLD (to nieprawda, pralka ma dopiero 2,5 roku) albo 24h do końca wirowania. Którego oczywiście nie mogę włączyć, bo start nie działa. Koło się zamyka.

Boję się, że może wyświetlić jakiś message w stylu „On stoi za Tobą” albo „Chrzań się”, więc na wszelki wypadek wyłączyłam ją z gniazdka.

Bez odgłosu pralkowego mielenia w tle czuję się jakoś niepewnie. Nawet przy dwóch Paszczakach ta cisza jest za duża, więc na pocieszenie częściej włączam zmywarkę.

Oczywiście brudne ciuchy nie mieszczą nam się w koszu, więc chodzimy po ludziach prać. U jedej mamy już praliśmy, w sobotę wypierzemy u drugiej (żeby przypadkiem jedna z nich nie zrobiła się zazdrosna…). W niedzielę koleżanka zaprosiła nas na urodziny, więc zastanawiamy się z Dziubasem, czy dużym nietaktem będzie wręczenie jej, tuż po złożeniu życzeń, pakietu białych ciuchów. „Wszystkiego najlepszego! Sto lat! Zrobisz nam jeden cykl???”

A dziś, jako, że noc minęła pod znakiem nóg Lola na mojej twarzy, musiałam wypić dwie kawy, żeby w ogóle trzymać się w pionie.

Po tej drugiej wysprzątałam całą szafę w przedpokoju i umyłam kotłownię na jutrzejszą wizytę fachowca od naprawy pralki. Który dwie godziny później wysłał mi wiadomość, że nie przyjedzie, bo się rozchorował. Luz.

Nadal mam w sobie jakąś skumulowaną energię, którą jakoś muszę spożytkować. Jak wulkan. Bo ostatnio, jadąc autem, usłyszałam piosenkę o mnie:

Fujiyama Mama

 

Zombie walk

Zastanówmy się tak na dobry początek – skąd, u licha, przyszedł mi do głowy pomysł, że jak Lolo podrośnie, to zacznie spać więcej?

Nocny żer następuje – jak w zegarku – co dwie godziny. Wcześniej byłam zmęczona. Teraz spokojnie mogłabym kandydować do roli głównej w filmie o zombie. Bez uprzedniej charakteryzacji.

Ostatnio zauważyłam, że jednym ze składników jego mleka jest TAURYNA. No przepraszam bardzo, ale czy to nie to samo co w napojach energetycznych?

Boszsz…a ja z tym walczę kofeiną. Chyba nie mam szans.

Oprócz gara kawy z rana (zaraz po herbacie tak czarnej jak…no, coś bardzo czarnego) uzależniłam się też od Netflixa, więc jednym okiem obsesyjnie łykam odcinki serialu „Grace i Frankie”. Nie wiem co trzeba robić, żeby w wieku 80 lat wyglądać jak Jane Fonda, ale na pewno jestem w stanie to osiągnąć! Zgaduję, że tylko za pomocą snu i bezkofeinowo…

Jako, że Dziubas jest tak śnięty jak ja, wieczorami padamy jak dwa truchła na kanapę i naciskamy przycisk na pilocie. Co kosztuje nas, oczywiście, tyle wysiłku, co półgodzinny trening cross fitowy.

I tak, na przykład, Dziubas wybrał nam ostatnio 20-minutowy dokument (na więcej nie mieliśmy siły) o gruzińskim dostawcy ziemniaków. Uprzedzając wszelkie pytania, TAK, dobrze się przy nim zasypiało.

Wydaje mi się, że lada dzień zasnę na stojąco. Na nic nie mam siły, czołgam się do 20-stej, a potem wlokę smętnie pod prysznic i znowu jest jutro.

Z racji tego, że oczy też mam zmęczone, wyrobiłam sobie okulary „zerówki” z antyrefleksem do normalnego funkcjonowania w oślepiającym świetle dnia. Podczas badania okazało się, że mam wprost IDEALNY rozstaw oczu. Rozumiem, że skala obejmuje takie punkty jak Zez – Ideał – Jaszczurka. No i po co mi to, ja się pytam? Nie mogłabym mieć idealnych nóg, albo BRZUCHA?? No nie wiem, jakoś mi to nie daje spokoju…

Kilka dni temu, w ramach terapii przeciwko zaśnięciu w środku dnia, postanowiłam w końcu wynieść na zewnątrz naszą choinkę. Przysięgam, że ostatni raz kupuje coś, co ma w swojej nazwie określenie KŁUJĄCY. Pomimo owinięcia jej ręcznikiem, pokłuła mnie dotkliwie, a igły rozsypały się po całym domu. Oczywiście (niby) wszystko odkurzyłam, ale zgaduję, że będę je jeszcze znajdywać w lipcu.

Klawiatura w laptopie psuje mi się na potęgę. Pisząc tą notkę, pracuję ciężko, jakbym obsługiwała jakieś ruchome czcionki w XVI wieku, więc pomału kończę.

Na podsumowanie dzisiejszego występu, żeby nie było zbyt smutno i nijako, przytoczę dzisiejszą scenkę mającą miejsce podczas rodzinnej zabawy.

Stoimy sobie w trójkę w przedpokoju – ja, Bob i Lolo. Znaczy Lolo leży. W wózku. Bob, z latarką w ręce, prowadzi długi monolog w stronę Lola, tłumacząc mu po swojemu coś w tym stylu:

Dzidzi, nunu, Ty leż, nie idź tam (w sensie do kotłowni), tam jest duży Bibić, jest niebezpieczny, ugryzie cię zębami w głowę (MATKO, co za wyobraźnia, SZOK!), ja się nim zajmę! JA! Bob! Ty tu zostań!” – Po czym pcha mnie w stronę otwartych drzwi rzucając „Mama idzie tam!”.

LUZ.

Czyli do obowiązków domowych dochodzi mi jeszcze ochrona rodziny przed wrogiem zewnętrznym.

Niech mi ktoś przyśle wór dobrej kawy i karton red bulla. Może podołam…