Rozstania i powroty

Zacznijmy od tego, że moja codzienność zajrzała prosto w paszczę nicości i beznadziei, kiedy okazało się, że obejrzałam już wszystkie odcinki „Grace i Frankie”. Co gorsza, ostatniej scenie towarzyszyła informacja: „Na nowy sezon zapraszamy JUŻ W 2020 roku.”

Przepraszam, ale czy nie mamy teraz przypadkiem 2019?

Pytam, bo nie wiedziałam jaki dzień był ostatnio, więc może coś pomyliłam przez ten wieczny brak snu.

Czyli na kolejny odcinek mam czekać R O K?!

Bosz…istny balsam na moją niecierpliwą duszę.

Próbowałam spotykać się z innymi serialami, ale to nie było to.

W ramach tego oglądam to samo od początku.

Tak, wiem, MAM PROBLEM. Już trudno. Każdy jakieś tam ma.

Jako, że mizeria lubi kompanię (tłumacząc dosłownie jedno z moich ulubionych angielskich przysłów), zepsuła nam się pralka.

Przycisk start udaje, że nie reaguje na moje polecenia, a wyświetlacz pokazuje, co mu się żywnie podoba. Na przykład OLD zamiast COLD (to nieprawda, pralka ma dopiero 2,5 roku) albo 24h do końca wirowania. Którego oczywiście nie mogę włączyć, bo start nie działa. Koło się zamyka.

Boję się, że może wyświetlić jakiś message w stylu „On stoi za Tobą” albo „Chrzań się”, więc na wszelki wypadek wyłączyłam ją z gniazdka.

Bez odgłosu pralkowego mielenia w tle czuję się jakoś niepewnie. Nawet przy dwóch Paszczakach ta cisza jest za duża, więc na pocieszenie częściej włączam zmywarkę.

Oczywiście brudne ciuchy nie mieszczą nam się w koszu, więc chodzimy po ludziach prać. U jedej mamy już praliśmy, w sobotę wypierzemy u drugiej (żeby przypadkiem jedna z nich nie zrobiła się zazdrosna…). W niedzielę koleżanka zaprosiła nas na urodziny, więc zastanawiamy się z Dziubasem, czy dużym nietaktem będzie wręczenie jej, tuż po złożeniu życzeń, pakietu białych ciuchów. „Wszystkiego najlepszego! Sto lat! Zrobisz nam jeden cykl???”

A dziś, jako, że noc minęła pod znakiem nóg Lola na mojej twarzy, musiałam wypić dwie kawy, żeby w ogóle trzymać się w pionie.

Po tej drugiej wysprzątałam całą szafę w przedpokoju i umyłam kotłownię na jutrzejszą wizytę fachowca od naprawy pralki. Który dwie godziny później wysłał mi wiadomość, że nie przyjedzie, bo się rozchorował. Luz.

Nadal mam w sobie jakąś skumulowaną energię, którą jakoś muszę spożytkować. Jak wulkan. Bo ostatnio, jadąc autem, usłyszałam piosenkę o mnie:

Fujiyama Mama

 

Reklamy

Zombie walk

Zastanówmy się tak na dobry początek – skąd, u licha, przyszedł mi do głowy pomysł, że jak Lolo podrośnie, to zacznie spać więcej?

Nocny żer następuje – jak w zegarku – co dwie godziny. Wcześniej byłam zmęczona. Teraz spokojnie mogłabym kandydować do roli głównej w filmie o zombie. Bez uprzedniej charakteryzacji.

Ostatnio zauważyłam, że jednym ze składników jego mleka jest TAURYNA. No przepraszam bardzo, ale czy to nie to samo co w napojach energetycznych?

Boszsz…a ja z tym walczę kofeiną. Chyba nie mam szans.

Oprócz gara kawy z rana (zaraz po herbacie tak czarnej jak…no, coś bardzo czarnego) uzależniłam się też od Netflixa, więc jednym okiem obsesyjnie łykam odcinki serialu „Grace i Frankie”. Nie wiem co trzeba robić, żeby w wieku 80 lat wyglądać jak Jane Fonda, ale na pewno jestem w stanie to osiągnąć! Zgaduję, że tylko za pomocą snu i bezkofeinowo…

Jako, że Dziubas jest tak śnięty jak ja, wieczorami padamy jak dwa truchła na kanapę i naciskamy przycisk na pilocie. Co kosztuje nas, oczywiście, tyle wysiłku, co półgodzinny trening cross fitowy.

I tak, na przykład, Dziubas wybrał nam ostatnio 20-minutowy dokument (na więcej nie mieliśmy siły) o gruzińskim dostawcy ziemniaków. Uprzedzając wszelkie pytania, TAK, dobrze się przy nim zasypiało.

Wydaje mi się, że lada dzień zasnę na stojąco. Na nic nie mam siły, czołgam się do 20-stej, a potem wlokę smętnie pod prysznic i znowu jest jutro.

Z racji tego, że oczy też mam zmęczone, wyrobiłam sobie okulary „zerówki” z antyrefleksem do normalnego funkcjonowania w oślepiającym świetle dnia. Podczas badania okazało się, że mam wprost IDEALNY rozstaw oczu. Rozumiem, że skala obejmuje takie punkty jak Zez – Ideał – Jaszczurka. No i po co mi to, ja się pytam? Nie mogłabym mieć idealnych nóg, albo BRZUCHA?? No nie wiem, jakoś mi to nie daje spokoju…

Kilka dni temu, w ramach terapii przeciwko zaśnięciu w środku dnia, postanowiłam w końcu wynieść na zewnątrz naszą choinkę. Przysięgam, że ostatni raz kupuje coś, co ma w swojej nazwie określenie KŁUJĄCY. Pomimo owinięcia jej ręcznikiem, pokłuła mnie dotkliwie, a igły rozsypały się po całym domu. Oczywiście (niby) wszystko odkurzyłam, ale zgaduję, że będę je jeszcze znajdywać w lipcu.

Klawiatura w laptopie psuje mi się na potęgę. Pisząc tą notkę, pracuję ciężko, jakbym obsługiwała jakieś ruchome czcionki w XVI wieku, więc pomału kończę.

Na podsumowanie dzisiejszego występu, żeby nie było zbyt smutno i nijako, przytoczę dzisiejszą scenkę mającą miejsce podczas rodzinnej zabawy.

Stoimy sobie w trójkę w przedpokoju – ja, Bob i Lolo. Znaczy Lolo leży. W wózku. Bob, z latarką w ręce, prowadzi długi monolog w stronę Lola, tłumacząc mu po swojemu coś w tym stylu:

Dzidzi, nunu, Ty leż, nie idź tam (w sensie do kotłowni), tam jest duży Bibić, jest niebezpieczny, ugryzie cię zębami w głowę (MATKO, co za wyobraźnia, SZOK!), ja się nim zajmę! JA! Bob! Ty tu zostań!” – Po czym pcha mnie w stronę otwartych drzwi rzucając „Mama idzie tam!”.

LUZ.

Czyli do obowiązków domowych dochodzi mi jeszcze ochrona rodziny przed wrogiem zewnętrznym.

Niech mi ktoś przyśle wór dobrej kawy i karton red bulla. Może podołam…

Życie, życie wraz z Bibiciem

Tuż po śniadaniu Bob zasiada, jak zwykle, do pudła klocków. Ostatnio budujemy domy, w których jest cała nasza rodzina. Mama (budowlaniec z wielkim żółtym kaskiem na głowie), Babcia (faktycznie, siwa babcia w okularach), Bob (czarnoskóre dziecko w niebieskiej czapce) i Tata (z jakiegoś powodu losowy ludzik. Dziubas jeszcze tego nie zauważył, chyba nie byłby zadowolony…).

W ogólnym rozgardiaszu słyszę „Nieeee, nieeee, tataaaa, boooli!”.

Boszsz…Jak nic bawi się w rodzinę PATOLOGICZNĄ. Tylko ciekawe skąd taką zna?

Oczywiście słowa „Boli” nauczył się ode mnie w ciągu ostatnich dwóch tygodni, kiedy udaje dinozaura lub samolot i wlatuje we mnie z całym impetem, prawie mnie przewracając. Wtedy staram się mu przekazać, żeby tego nie robił, bo to mnie jednak boli.

Od razu przypomina mi się Tamaluga ze swoim „Mama, nie bij!”.

Matko, czy to nasze dzieci są do siebie TAK podobne, czy to wszystkie trzylatki mają takie dzikie pomysły na zabawę?!

Nic tylko zaprosić panie z opieki społecznej i czekać na reakcję…

Całe szczęście rzadko mu się zdarza bawić w taki sposób, bo rozrywką wszechobecną, na każdą porę dnia i nocy są BIBICIE.

Odkąd w zeszłe wakacje tłumaczyliśmy mu, że muchy albo osy robią „Bzy bzy”, Bob powtórzył dźwięk, jak umiał najlepiej po swojemu, a zatem wszelkie insekty nazywa tym właśnie określeniem. Tak więc zarówno biedronka, jak i pająk to dla niego BIBIĆ. Duzi albo mały.

Bibicie są wokół nas non stop. Podczas zabawy klockami co chwilę słyszę słowo bibić, bibicie są też związane z autkami, Bob chce malować i rysować bibicie, a jego ukochaną rozrywką jest udawanie, że w pokoju obok BIBICIE SIĄ! Wówczas angażuje losową osobę (zazwyczaj stojącą najbliżej, więc każdy, kto siedzi, jest bezpieczny), łapie ją za rękę, czai się wchodząc do pokoju (często z latarką w ręce), krzyczy AAA! BIBIĆ! SIAMI! Co znaczy „Bardzo proszę o ewakuację, gdyż w pomieszczeniu obok przebywa niebezpieczny dla otoczenia osobnik z rodziny Bibiciów” i zwiewa na drugi koniec domu.

Moja mama przez większość Wigilii musiała biegać z nim po domu, wśród okrzyków paniki, opracowywania nowych taktyk polowania i dostosowywania rodzaju broni. Najczęściej klocka duplo. Odetchnęła z ulgą, wracając zasapana i wykończona po kolacji do domu, po kilku godzinach maratonu, podskakiwania i biegania na sygnał Boba.

Nawet teraz, kiedy to piszę, Bob mruczy sobie pod nosem „Bibicia, bibicia”, zaklejając dywan moimi karteczkami post-it.

Uprzedzając Wasze pytania – tak, kiedyś w nocy obudził się z płaczem, że w łóżku ma bibicia. Tylko raz. Statystyki są więc niezłe.

Na urodziny rozważam kupno jakiegoś zabawkowego insekta, bo już wiem, że radości nie będzie końca.

…I staram się porzucić wizję, którą od jakiegoś czasu mam w głowie. Taką, w której nastoletni Bob przynosi do domu terrarium z bibiciami i wstawia je sobie do pokoju.

Brrrr! Idę po zieloną herbatę, może uspokoi moje bibiciowe stany lękowe…

Styczniowe przypadłości

Chciałabym wiedzieć gdzie podziały się te czasy, kiedy zima była tą wyczekiwaną porą roku, mającą przynieść ulgę po letnim skwarze. Te bajkowe spacery pośród ośnieżonych drzew, gorąca czekolada, rumieńce na policzkach…

Zima z małymi dziećmi oznacza przede wszystkim chorowanie – to jeszcze jeden z tych niuansów, których młode matki nie wiedzą, żeby się nie zniechęcać. Tygodnie i miesiące kataru, gorączki, inhalacji, dodatkowego wstawania w nocy i aresztu domowego. Wszyscy na zmianę, po kolei. Aż do kwietnia.

Nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic przeciwko temu, żeby jak najwięcej czasu spędzać ze swoimi Paszczakami, ale NAPRAWDĘ wolałabym to robić na świeżym powietrzu. Ulepić bałwana, pozjeżdżać na sankach czy po prostu się trochę przespacerować.

Najzdrowszym osobnikiem w naszym stadzie jest Dziubas. Najbardziej chorowitym jestem ja. Najsłabsze ogniwo, ranna gazela.

Bob zazwyczaj dostaje kilkugodzinnej gorączki a potem dwa tygodnie spędza w domu z cieknącym nosem i ADHD nudząc się okrutnie w czterech ścianach. No, może tych ścian jest odrobinę więcej, ale jemu to robi niewielką różnicę. Wszystko go nuży, a znaleźć mu zajęcie na dłuższą chwilę graniczy z cudem. W końcu mamy do czynienia z osobnikiem potrafiącym wykończyć fizycznie 300 Spartan i zaprzęg Huskych.

Lolo zaczął się łuszczyć, jakby ktoś wymoczył go w wiadrze z peelingiem. Oprócz ciemieniuchy wywaliło mu na skórze zmiany atopowe, więc wygląda jak postać z horroru. Rozważam kupno śpiochów z ostrzeżeniem dla alergików i będę musiała pytać ludzi, czy nie są przypadkiem uczuleni na skorupiaki, zanim wezmą go na ręce.

Sama na dzień dzisiejszy staram się walczyć z zatokami po raz drugi, więc nurkuję nosem w wodzie, aplikuję spraye prosto do mózgu i zażywam jakieś zielone tabletki. Póki co jest nienajgorzej i może na jakiś czas będę mieć spokój…

A teraz trochę cyferek:

56,7 kg– tyle ważyłam pod koniec grudnia, kiedy porzuciłam czekoladę na rzecz warzyw i owoców.

55,2 kg– tyle pokazuje waga dnia dzisiejszego, o poranku, przed śniadaniem, w ubraniu. Nie jest źle, tempo chudnięcia jest dość satysfakcjonujące. Biorąc pod uwagę fakt, że tydzień temu trochę porzuciłam warzywa na rzecz czekolady.

50 kg– tyle mam zamiar ważyć w okolicach maja lub czerwca.

25cm – o tyle zeszczupleję w talii. Pod warunkiem rozstania ze słodyczami i ćwiczeniem brzucha. Chociaż kiedy ćwiczę brzuch, boli mnie kręgosłup, więc na pocieszenie zjadam czekoladę.

Nie mogę zatem powiedzieć, że z wagą stoję w miejscu. Chociażby z tego powodu, że chodzę z nią po całym domu. Najkorzystniej wypada ważenie się koło schodów.

Po wieczornym prysznicu wcieram w brzuch te wszystkie kremy ujędrniające, napinające, wyszczuplające i różnicy nie widzę w ogóle. Podczas wcierania zastanawiam się, dlaczego jeszcze nie stworzono kremu z formułą ujędrniająco-gotującą, ewentualnie wyszczuplająco-sprzątającą. W końcu mamy XXI wiek, czas najwyższy…

Za tydzień mam pierwsze zajęcia z rosyjskiego, a w związku z tym słucham CD z rozmówkami. Póki co przesłuchałam dwie scenki: W pierwszej Ira i Misza jadą razem pociągiem, rozmawiają o swoich zawodach i idą do wagonu restauracyjnego na szampana. Chociaż moja wyobraźnia szalała, co wydarzy się w scenie następnej, zaskoczyła mnie ona totalnie. Otóż kolejnym wydarzeniem jest wizyta na policji, bo Misza w tym właśnie pociągu dostał w łeb od dwóch niezidentyfikowanych jegomości, którzy ukradli mu portfel.

Luz. Rosja to jednak stan umysłu.

Szczena opadła mi tak, że aż zapomniałam włączyć kierunkowskazu. Bo CD słucham tylko, kiedy jeżdżę samochodem, w domu nie mam szans.

A teraz czekam aż Dziubas wróci do domu, żebym ja też mogła mieć wielkie wyjście. Muszę kupić sobie kapcie, bo moje pancerne już się rozkleiły i chodzę w klapkach na basen Dziubasa.

Paka!

Narodowy dół

Od tych paru lat, od kiedy stąpam po naszym padole i jestem świadoma tego, co się wokół mnie rozgrywa, czasem mam ochotę przywalić głową w ścianę. Niejeden raz, na widok tego, co się dzieje w naszym kraju, czy w naszym społeczeństwie, chcę spakować walizki i wyemigrować z całą rodziną na Hawaje, mając wszystko w nosie. Włącza mi się jednak mój wewnątrzny pozytywista (tak, bo oprócz Helmuta jest jeszcze taki misjonarz, który zaszczepił we mnie pracę z ludźmi i niezrozumiałą chęć naprawy świata…nie wiem ile we mnie siedzi osobowości, ale więcej niż dwie chyba kwalifikuje się na leczenie psychotropami?) i nie pozwala obojętnie przejść obok niektórych rzeczy, nie zabierając głosu. Chociaż niby milczenie jest złotem, ale oj tam. Pazerna na kruszec nigdy nie byłam a jako kobieta, mam wrodzoną potrzebę mówienia. Więc mówię/piszę.

W politykę mieszać się nie będę, bo na samą myśl robi mi się niedobrze. Jakakolwiek decyzja podjęta przez partię rządzącą (którąkolwiek), będzie dla zasady krytykowana przez opozycję. Nawet gdyby chodziło o zakaz strzelania do ludzi na ulicach. Bo tak. Bez większego sensu, logiki, a może nawet wbrew własnym przekonaniom, bo tak trzeba i co ludzie by powiedzieli gdyby się z nimi zgodzić?

Zastanawiam się po prostu coraz częściej, jak to jest, że musi wydarzyć się tragedia, żeby ktokolwiek interweniował i zainteresował się tym, co aktualnie dzieje się w jego mieście. Pewnie wszyscy słyszeli o nastolatkach, które zginęły podczas pożaru w escape roomie. Nagle po tym wydarzeniu przez cały kraj przetacza się fala kontroli takich obiektów i, przykładowo w moim mieście, okazuje się, że połowa powinna zostać zamknięta ze względu na niespełnianie wielu norm, w tym przede wszystkim bezpieczeństwa.

Przepraszam bardzo, ale czy naprawdę w tym kraju wszyscy mają wszystko gdzieś? Rozumiem, że otwierając tego typu działalność, wystarczy mi „odbiór” i mogę sobie tam robić co chcę, tak? Łamać wszelkie przepisy, nie pilnować tego, co dzieje się w środku, może nawet kogoś sobie tam przetrzymywać, nagrywać albo cwiartować zwłoki po godzinach. Do tej pory, jak widać, nikomu nie chciało się ruszyć tyłków, żeby przeprowadzić jakąkakolwiek kontrolę. Halo, czy nie istnieją jakieś przepisy?! Chociażby takie, że dany escape room przynajmniej raz w roku odwiedza jakiś członek z ramienia i sprawdza, czy wszystko jest tak, jak należy?

Ale o czym ja w ogóle piszę, skoro jeszcze do niedawna mieliśmy na każdym rogu sklepy z dopalaczami i każdy uważał, że wszystko jest w porządku. Dopóki oczywiście nie doszło do jednej tragedii, drugiej, trzeciej, aż nagle władze miejskie obudziły się i stwierdziły, że może jednak coś jest nie tak.

Pewnie część z Was kojarzy też katastrofę w hali MTK w Katowicach w 2006 roku, w której zginęło 65 osób. Wtedy wszędzie zaczęto na wszelki wypadek odśnieżać dachy większych obiektów. Wcześniej nikomu nie przyszło to do głowy.

Ja nie wiem, być może chodzi to, że taka masowa skala kontroli, odśnieżania, zamykania jest jakoś bardziej nęcąca i mobilizująca niż przeciętna kontrola? Bo skoro nic się nie dzieje i nikt się nie skarży, to po co ruszać zad z ciepłego biura? Tylko więcej papierów do wypełniania…

W ogóle muszę powiedzieć, że gdyby nie wiele wspaniałych osób, które mnie otaczają (w sposób realny bądź wirtualny) już dawno zwątpiłabym w nasze społeczeństwo, które wiecznie marudzi, narzeka i stęka. Wszędzie dookoła same naburmuszone ryje, niezadowolone ze wszystkiego.

Przykładowo, w Boże Narodzenie rano oglądałam przez chwilę transmisję z koncertu kolęd w katedrze oliwskiej. I co? Wokaliści uśmiechnięci, chór też, pięknie śpiewają, cieszą się – w końcu to radosne Święta. I wtedy kamera pokazuje publiczność – ¾ patrzy w obiektyw zmarszczona, obrażonym wzrokiem, emanując wrogością. Zdawało mi się, że mają w oczach taką pogardę dla kamerzysty, że gdyby nie byli akurat w kościele, dostałby w ryj albo przynajmniej się nasłuchał.

Reszta ludzi niby śpiewa, ale ledwo otwiera usta, bo co sąsiad powie, wstyd przecież.

Tego samego dnia, po naszej wizycie w Kościele, przechodząc przez miasto, zatrzymaliśmy się pod małą sceną, na której młodzież pięknie śpiewała kolędy. Obok mnie staje nagle typowy chłopski filozof w średnim wieku, wkłada ręce do kieszeni szerokich dżinsów i rzuca, żeby wszyscy słyszeli oczywiście jaki to z niego ekspert, że „Pfff, nagłośnienie do dupy!”.

Boszsz…jak żyć?!

Naprawdę, kiedy nieraz przyjrzę się bliżej w jakim kraju żyję i co wyprawiają moi rodacy, to opada mi kopara i ręce jednocześnie.

Moe tak trochę optymizmu na co dzień, moi drodzy? Może trochę ŻYCZLIWOŚCI? Może trochę chęci do życia, pracy i w ogóle do czegokolwiek?

Wtedy mielibyśmy społeczeństwo zadowolone, uśmiechnięte i przede wszystkim bezpieczne.

Oddaję głos do studia,

Dziubasowa.