Jak być w ciąży i nie oszaleć

Jestem pewna, że był jakiś film albo książka o podobnym tytule – w każdym razie, zainspirowana tą myślą od dłuższego czasu, postanowiłam zebrać w jeden post wszystkie teksty załyszane z otoczenia, które ciążą w ciąży. I mnie i innym znanym mi kobitkom. Ot tak, bez wyraźnej przyczyny.

No dobra, głównie dlatego, że jestem na końcówce tej ciąży i wszystko mnie już denerwuje 😉

Panowie i damy, proszę o wyłączenie świateł i zajęcie swoich miejsc! Śmiało, można się przybliżyć, cały pierwszy rząd jest wolny!

1. „Który to JUŻ miesiąc?”

Po pierwsze – przynależność do danego miesiąca chyba ustalał ktoś, kto pracował w NASA, ale zwolnili go za ćpanie w czasie pracy. Która była w ciąży, ta wie, że sprawa wcale nie jest taka prosta, no ale odpowiadamy jakkolwiek, żeby zadowolić rozmówcę. Co najważniejsze – nie JUŻ, ale DOPIERO. Tak, dla nas to naprawdę DOPIERO miesiąc X i końca nie widać, więc całę to pytanie należy uznać za niestosowne.

2. „Ja nie wymiotowałam w ogóle!”

Boszsz…no gratulacje. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy to słyszałam. Tym bardziej, że nie dzielę się z ludźmi swoimi zdrowotnymi przypadłościami, no ale skoro ktoś pyta wprost, to odpowiadam. Normalnie. I naprawdę cieszę się bardzo twoim szczęściem, ale nie pocieszasz mnie mówiąc mi to prosto w tę samą twarz, która przez większość dnia nurkowała głęboko słuchając szumu muszli. I tak moje poczucie własnej wartości nie skoczy dziś o żaden słupek w górę.

3. „Bo ja to w ciąży miałam takie coś, że…”

I tu zaczynamy litanię. No naprawdę, nie jestem w stanie tego pojąć, dlaczego czyjaś ciąża wyzwala w ludziach ten wodospad szczerości. Uwierzcie, to, że hoduję w sobie moją mini-wersję, nie znaczy, że mam ochotę słuchać o przykrych szczegółach najbardziej intymnych dolegliwości czy barwnych detalach horroru z porodówki. No chyba, że to komplement. Że ktoś uznaje mnie nagle za guru w tych sprawach i czeka na poradę jakby łamał ciasteczko z wróżbą. Niestety, muszę wszystkich rozczarować. Chyba nigdy w życiu nikt nie nazwał mnie ciachem (dzięki Bogu pasztetem też nie…w ogóle epitety pseudo-kulinarne mnie jakoś szczęśliwie omijały.). Nie jestem mądrzejsza bo mam przed sobą większy brzuch (większy płat czołowy, o! To by mogło coś sugerować!) – ba, jestem nawet trochę bardziej ociemniała niż dotychczas, bo niedotlenienie robi swoje. Więc proszę, nie…nie proszę…BŁAGAM! Nie opisujcie nam swoich chorób, infekcji i tego typu rzeczy. Idźcie do lekarza, albo apteki.

4. „Staraj się dużo odpoczywać!”

Wyobrażam sobie to sarkastyczne i wymowne spojrzenie matek, które już mają na stanie jakieś dziecko, tak jak ja mam Boba. Takiego, który w swym adhd nie pozwala na chwilę wytchnienia, bo ma tyle energii, co zaprzęgowy husky na amfetaminie. Takiego, który w pierwszym trymestrze, kiedy kładę się ukradkiem choć na 30 sekund, od razu zauważa ten stan i wskakuje mi na plecy szarżując niczym Piłsudski na swej kasztance. Takiego, który zaraz po tym, jak się rozsiądę na kanapie po raz pierwszy tego dnia około godziny 14-tej nagle chce siku („sisi”), piciu („juju”), jeść („mniami”), bajkę („Lolooooo!”) ewentualnie „mama iść”. Ja naprawdę się staram odpoczywać, serio! Tylko czasem jakoś tak nie wychodzi.

5. „Nie stresuj się!”

Pffff, no błagam!

Halo!

Mówisz do CIĘŻARNEJ! Czyli kobiety, której normalnie buzujące hormony nagle odkryły, że w okolicy otworzyli nowy klub disco i dziś wszystkie drinki są za darmo.

Stresuję się podwójnie, bo myślę o zdrowiu malucha i o tym, że płakać mi się chce, bo Dziubas ułożył nie tak garnek w szafce, nie miałam ochoty słuchać tej piosenki w radiu, a w ogóle to świat jest do dupy, dajcie mi wszyscy spokój i właśnie, że będę ryczeć!

6. „Unikaj schylania się!”

Otóż pragnę oświadczyć wszem i wobec, że tyle brzuszków i przysiadów ile zrobiłam w czasie ciąży, zawstydziłoby Chodakowską i Lewandowską razem wzięte. Oczywiście, WIEM, że efektów w postaci kaloryfera na brzuchu nie ma i nikt mi bez tego nie uwierzy, ale już trudno.

Granicę niezdarności przekroczyłam z początkiem drugiego trymestru. A tam, PRZEKROCZYŁAM. Potknęłam się i zaryłam pyskiem w piach. Na ziemię upada mi 56474395894 rzeczy dziennie. Lecą nawet takie, na które nie wydaje się normalnie działać siła grawitacji. Staram się patrzeć na to, jak na nowego skilla, który z każdym przykucnięciem woła przez megafon „Pamiętaj o dniu nóg!”. No więc pamiętam o nich, szczególnie wieczorem, kiedy próbują mi wejść do miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę. Jeśli słowo PLECY jest takie szlachetne. Nie wiem, może nie w moim kraju czy województwie…

7. „Chłopczyk czy dziewczynka?”

Tu zawsze przez głowę przelatuje mi milion ewentualnych odpowiedzi, bo i tak wiem, że żadna z informacji nie zadowala pytającego. Na przykład:

– Chłopiec. To już siódmy. Ale będzie kasiory z pińćset plus!

– Dziewczynka. Nie widać? Przecież mam na sobie sukienkę…

– Nie jestem w ciąży, spuchnęłam z głodu.

– Nie czuję się osobą na tyle godną sprawowania swej rodzicielskiej funkcji, ażeby z góry definiować płeć tej istoty. Każdy z nas rodzi się po prostu człowiekiem, do tego wolny, a więc płeć wybierze sobie samo, kiedy nastanie odpowiedni ku temu moment.

8. „Wysypiaj się, bo potem już nie pośpisz!”

To samo mówią przed ślubem. To po pierwsze.

Po drugie i najważniejsze chciałabym zapytać JAK to zrobić?

Na brzuchu się nie da ze względów oczywistych.

Na boku biodra bolą tak, jakby właśnie stuknęła mi 90-tka.

Na plecach chrapię, duszę się, a kręgosłup łupie mnie jak szalony.

Pominę milczeniem jak w ogóle wygląda przewracanie się na bok w zaawansowanej ciąży i ile czasu zajmuje.

Do tego dochodzi okresowa bezsenność, komary i inne robactwo (jakieś dwa miesiące temu chodziła po mnie w nocy SZCZYPAWICA! Oczywiście na wpół przytomna zrzuciłam ją sobie z przedramienia prosto na twarz…), wstawanie na siku milion razy, chrapanie Dziubasa, nocne okrzyki bojowe Boba, skrzeczenie bażantów na zewnątrz, szczekanie psów itd.itp.

Tak więc serio – marzę o tym, żeby się nareszcie wyspać! I zrobię to jak tylko moje dorosłe dzieci się wyprowadzą 😉

9. „Ooo, to mały masz brzuszek! <sad face>”

Tak, zaliczam się do grona tych drobnych kobitek, które dostały swoją drobiazgowość w genach. Bardzo mnie to cieszy i jakoś nie czuję się winna, że nie przytyłam 50 kilo w ciąży. Niemniej jednak tego typu rozczarowanie na twarzy pytającej stawia mnie w sytuacji, kiedy chcę ją pocieszyć, mówiąc coś w stylu „To jeszcze X tygodni, na pewno jeszcze urośnie” albo „Zawsze najwięcej przybiera się na sam koniec”.  No przepraszam, ale czy gdyby mój brzuch był ogromniasty jak stadion narodowy to ktoś by to skomentował, czy uznał to za niestosowne?

Oczywiście 100% tych tekstów rzucają przypadkowo spotkane lub mało znane kobiety, które nadają tej wypowiedzi ton wyższości, jakby chciały dorzucić „Mój był większy, ha!”. Czy był jakiś konkurs na wielkość brzucha, który przegapiłam? Np w biedrze, przy okazji promocji świeżaków???

10. „Uwielbiałam być w ciąży!”

Wyjdź. Wyjdź, wyjdź, WYJDŹ natychmiast z mojego pokoju!!!

*

Drogi Pamiętniczku, zaczynam dziś dziewiąty miesiąc a w onetowym quizie o cechach ludzi inteligentnych osiągnęłam tylko połowę punktów. Wyglądam jak piłka, czuję się jak humbak, jem za dużo słodyczy. Proszę, przekaż Mikołajowi, że byłam w tym roku grzeczna i chciałabym dostać pod choinkę voucher na 24-godzinną nianię. Tylko wiesz, taką brzydką i starą, żeby Dziubas na nią nie leciał. I jeszcze weekend w spa. I krem przeciwzmarszczkowy plus kupon na wizytę u wybranego fryzjera.

Boszsz…chyba już pora spać.

Reklamy

Bilans wrześniowy

Powiedzmy, że w trzech czwartych się odrobiłam. Torba czeka spakowana, do prasowania mam już tylko jedną stertę ubranek, a do kupienia został mi przewijak i prezent dla Boba.

Boszsz…jeśli jeszcze raz ktoś powie, że ciąża to stan błogiego lenistwa, oczekiwania i leżenia brzuchem do góry, ma w ryj. Nieodwołalnie.

Już dawno nie byłam tak aktywna jak w ciągu ostatniego miesiąca. Z jednej strony to może i dobrze, bo mięśnie mi się nie zastały i jakoś się ruszam. Czasem chodzę jak kaczka ale chodzę. To najważniejsze.

Odhaczyłam z listy prawie wszystkie obowiązkowe wizyty u lekarzy – został mi jeszcze endokrynolog w następny czwartek a potem to już TYLKO wszystkie badania do porodu. Pierwszy raz w życiu zaliczyłam też echo serca, bo przez pewien czas miałam zadyszkę, jakbym nałogowo paliła dwie paczki dziennie od dwudziestu lat. I pomimo tego, że ten wycior od usg trochę naciskał mi na mostek, prawie tam zasnęłam. Bo okna zasłonięte, chłodno, klimatyzacja szumiała a ja się zrelaksowałam. Osiągnęłam zen tuż po tym, jak doznałam zawału nie mogąc wyjechać z ciasnego parkingu. Przy moim normalnym dziecięcym ciśnieniu 90/60, po wejściu do przychodni miałam 130/70.

No naprawdę…I po co mi jakaś kawa? Wystarczy wjechać pomiędzy cztery auta i poprzytulać im się do zderzaków wyjeżdżając na cztery razy…

W tak zwanym międzyczasie skończyłam 32 lata, ale od trzydziestki liczę te wartości jedynie jako „Trzydziestka the sequel, Trzydziestka part three, etc.”. Bo przecież wiek nie ma znaczenia, prawda? Szczególnie w moim przypadku, bo dalej mam w głowie jedno wielkie szaleństwo.

Poza tym skończyłam 33 tydzień ciąży i stan licznika dąży do 34-tego. Jakoś zupełnie nie dociera do mnie, że w zasadzie lada moment mogę zacząć rodzić. I staram się nie myśleć o tym, czy zdążę w ogóle dojechać do szpitala z mojej wsi. Za to kiedy mój mały rozumek śpi, budzą się demony i przez kilka nocy śniło mi się, że mam cesarkę. Luz. Myślę, że NAPRAWDĘ mieszane uczucia miałam po śnie, w którym pan doktor ustawiał nad moim brzuchem piłę tarczową o kilkumetrowej średnicy.

Chyba to tyle, jeśli chodzi o kończenie rzeczy…choć dzisiaj, można powiedzieć, że kończymy z Dziubasem wspólne cztery lata małżeństwa. Bo dziś wypada nasza rocznica ślubu. Ciekawa jaka to czwarta, niech no sprawdzę…

Ha! KWIATOWA…ewentualnie OWOCOWA.

No tak, to by się zgadzało, skąd tyle tych owocówek… Podobnie jak Olitoria, zastawiamy pułapki i staramy się ich pozbywać, ale oboje z Dziubasem mamy wrażenie, że na miejsce pięciu zdechłych pojawia się dziesięć nowych.

Boszsz…czyli muszę dziś jeszcze tylko ugotować kompot z reszty owoców (sąsiedzi mają niesamowity urodzaj, więc nasz dom jest pełen jabłek i śliwek), zrobić rocznicowy obiad, wypakować zakupy, odkurzyć, ściągnąć wczorajsze pranie, wstawić dwa kolejne i rozwiesić, dokończyć robienie marmolady jabłkowo-dyniowej na potrzeby szarlotki, upiec szarlotkę, odebrać Boba z przedszkola, nakarmić go, przebrać, napoić, zabawić, a potem to już odpocznę 😉

PS. Czemu ostatnio pojawiają się same horrory z zakonnicami??

PPS. Na Rejwachu nowy stuff 🙂

O liście, muchach i walce z czasem.

Dobra. W jakiś magiczny sposób zleciały trzy tygodnie, a ja nadal jestem w lesie. Co gorsza, do ostatniej niedzieli nie byłam świadoma, jak bardzo jestem ze wszystkim do tyłu – na szczęście A. mnie uświadomiła głośno i wyraźnie oznajmiając, że do pojawienia się Lola na świecie zostało w sumie niewiele czasu. (Mały Bobas dostał ksywkę Lolo – Bob mówi tak na telewizor i jakoś przylgnęło).

Postanowiłam zatem stworzyć listę rzeczy do zrobienia. A raczej moje pedantyczne usposobienie podrzuciło mi taką myśl i dźgało mnie w bok dopóki się nie zgodziłam z tym pomysłem.

Pierwszego dnia wydawało mi się, że idzie mi nieźle. Po dwóch dniach lista, pomimo skreśleń, zaczęła w niewyjaśniony sposób się wydłużać. Na dzień dzisiejszy, po czterech dniach, mam na niej dwa razy więcej pozycji niż na samym początku.

Mogłoby się wydawać, że nowe wpisy pojawiają się samoistnie kiedy ja śpię, żeby przypominać mi czego jeszcze NIE zrobiłam. Mnożą się jak muchy owocówki. Podobnie jak u Olitorii – i jak pewnie u większości ludzi o tej porze roku – żyjemy w jakiejś hodowli muszek. Co gorsza, nazwa „owocówki” jest conamniej niestosowna, bo potrafią nagle się pojawić całym legionem nam kanapką z żółtym serem i okruchami z bułek.

Co więcej, uświadomiłam sobie po raz kolejny, że nie można o mnie powiedzieć „Muchy by nie skrzywdziła”. Tak, krzywdzę muchy. MASOWO. Jestem wręcz ich seryjną morderczynią i nie wyobrażam sobie nie posiadać packi na muchy. Dzisiaj zabiłam ich około dwudziestu. Serio. Została jedna jedyna, która właśnie siada na mnie co chwilę, najwyraźniej mszcząc się za swoje zabite koleżanki. Wstać nie mogę, bo laptop mi się rozłączy, więc niech się jeszcze nacieszy swoimi ostatnimi chwilami życia.

Z nowości, po skończeniu 31 tygodnia, co chwilę łapię zadyszki i czuję się jakbym miała ze sto lat. Czasami wydaje mi się, że zabrakło mi powietrza w płucach, więc z utęsknieniem czekam na koniec tych koszmarnych upałów. Toczę się i sapię. Chociaż z wychodzenia gdziekolwiek ani myślę rezygnować, tym bardziej, że w aucie sobie siedzę, wiatr rozwiewa mi włosy i mogę śpiewać tak głośno jak chcę i nikomu to nie przeszkadza. No dobra, w korku przyciszam.

Dziubasowi przybyło domowych obowiązków, a więc też frustracji i narzekania. Bobo wcale mu nie pomaga, gdyż co rano stoi nad nim albo pod drzwiami, żeby tata już wychodził, bo dzieci na niego czekają w przedszkolu.

Tak więc moi drodzy – żyję, mam się dobrze, tylko chwilowo zamieniłam się w miks szopa pracza i jakiegoś ptaka wijącego gniazdo. I znającego się na kalendarzu. W sensie świadomego upływu czasu. Piorę, piorę, piorę, pakuję torbę wyprawkową, kupuję te wszystkie smoczki i inne akcesoria i tak będzie przez następnych kilka tygodni.

PS. Kupiłam sobie ostatnio podkoszulek Led Zeppelin. Tak dla przyjemności 🙂

Walka wręcz

Czy wspominałam już, że nie lubię lata? Nie? No to proszę bardzo: Nie lubię. Jestem bardziej za klimatem umiarkowanym, reprezentowanym przez pory roku typu wiosna i jesień (Dzisiejszy odcinek sponsoruje literka „J”…).

Od kilku dni, a raczej nocy, staramy się spać zupełnie normalnie. Jakkolwiek Dziubasowi udaje się to całkiem nieźle, tak mnie już nie bardzo to wychodzi.

Przyczyną jak zwykle są wszędobylskie robale, a konkretnie komary, które gryzą oczywiście tylko i wyłącznie mnie – najwyraźniej stanowię dla nich odpowiednik latarni morskiej wśród ciemności albo paśnika w lesie.

Do tej pory strategia była prosta. Bzyknięcie koło ucha, zaświecenie komórką, ubicie komara, który zaskoczony światłem jak sarna na drodze siadał tuż na ścianie tuż nad moją głową, powrót do spania.

Dziś natura postanowiła inaczej. Napuściła na mnie dwa albo trzy (nie wiem, sama już się pogubiłam…) komary, które za nic w świecie nie dawały się złapać i krążyły po pokoju jakby się naćpały jakiejś amfetaminy i zapiły podwójnym espresso.

Dziubas, który nie wytrzymał presji, poszedł spać na dół, beztrosko zostawiając mnie z tą dziką hordą. Totalny wkurw, jaki mnie ogarnął z tego powodu sprawił, że wojowałam z nimi jak Winnetou na wojennej ścieżce od 00:30 do 5.30. Szybko okazało się, że mamy komary-zombie, tak samo jak muchy. Trzaśniesz, zabijasz, a on za chwilę się podnosi i od nowa atakuje.

Bosszsz…zaczynam myśleć, że na naszą działkę przed budową domu wylewali odpady radioaktywne. Nie wiem, może w ramach jakiejś wymiany międzynarodowej nasza miejscowość przyjęła hektolitry skażonej wody z Fukishimy i rozlali ją na naszym trawniku.

Bo na przykład kilka dni temu za szybą zobaczyłam największą ćmę w moim życiu. Wyglądała jak mini-nietoperz. No wybaczcie, ale raczej nie powinno się obserwować wyrazu twarzy (Pyska? Ryja? Dzioba?) ćmy, ani tym bardziej patrzeć, jak zginają się jej stawy kolanowe.

Dziś umieram jakbym przetańczyła całą noc na imprezie disco. Łeb mi leci, mam piach w oczach, którego nie była w stanie wypłukać fala zimnego porannego prysznica, a druga mocna herbata nie może mnie dobudzić.

Na półce w sypialni od dwóch miesięcy czeka moskitiera…

Czy ktoś ma jakiś sposób na te latające ustrojstwa? Tylko nie w stylu „zbuduj sobie pułapkę z butelki z cukrem i drożdżami” albo „nasmaruj się czosnkiem”… Czy jednak będę musiała walczyć po nocach aż do pierwszych przymrozków, odsypiając sparingi w dzień?

Ech…idę spojrzeć na kalendarz. Może zima już blisko…?

Odnośnik do Rejwachu

Idąc za ciosem tworzenia, stworzyłam kolejnego bloga.

Tak w ramach buntu przeciw Instagramowi – to właśnie tam będę zamieszczać jakiekolwiek zdjęcia. Oczywiście określenie „jakiekolwiek” nie oznacza bynajmniej takich spod prysznica, z zawartością pieluch Boba ani dokumentowania mojego życia co 5 minut.

Zainteresowani mogą kliknąć TU i zobaczyć czasem, co stworzyłam w przypływie dzikiej weny w tak zwanych wolnych chwilach.

Nie zbieram tam komentarzy, lajków ani nic w tym stylu. To tak dla mnie. I dla Was, jeśli jesteście ciekawi 🙂

PS. Aktualnie jestem w fazie malowania i bejcowania wszystkiego na swojej drodze. Wrzucę niebawem efekt końcowy 😉