Szalikowy night out (bez cenzury!)

Z Szalikową ostatni raz wychodziłyśmy na babski wieczór jeszcze zanim którakolwiek z nas spodziewała się drugiego boba, zatem trochę czasu minęło.

Na nasze spotkanie wyfrunęłam z domu szybko, na wszelki wypadek, gdyby Dziubas jednak się rozmyślił i kazał mi zostać. Aż na czubku mojego koka sterczał jakiś niedbały fucioł. I w ogóle mi te rozczochrane włosy nie przeszkadzały, byle tylko wyjść i wcisnąć gaz do dechy. Szalikowa wychodziła z domu z podobnym impetem, zamykając za sobą drzwi kopniakiem z półobrotu.

Wieczór był cudowny, ciepły i spokojny. Zero dzieci. Zero obowiązków. Tylko my, Stare Miasto i gruszkowa biała herbatka w Petite France.

Bosz…powinnyśmy tak wychodzić minimum raz w tygodniu.

Ubrać sukienki. Umalować usta. Niuchać rzeczy w Rossmanie. Przyklejać nosy do szyby antykwariatu. Przebierać w stosach tanich książek.

Oczywiście normalnie do końca być nie mogło, bo wracałyśmy tramwajem. A w tramwaju oprócz nas WIADOMO – inni ludzie.

Pan, który wsiadł gdzieś po drodze, sam zdefiniował swą barwną osobowość, gdyż zanim w ogóle pojawił się w czeluściach pojazdu, usłyszałyśmy soczyste „Kuuurrrrrłłłła”.

Kiedy już wszedł do wagonu, stwierdził, że MUSI USIĄŚĆ, po czym zaczął zastanawiać się na głos: „…Tablica?…Kamienica?”

– Odbytnica – szeptam do Szalikowej. – Jak chce na czymś usiąść, to na pewno na tym.

Po czym chichramy się a ja jestem też odrobinę zdziwiona, że poszedł tak daleko od nas. Bo co jak co, ale ja od zawsze miałam w sobie magnes ściągający do siebie wszelkich meneli i świrów z komunikacji miejskiej.

– Sram na ten kraj! – Zaczyna starszy acz agresywny pan.

– Hm, czyli jednak odbytnica. Miałam rację – potwierdzam do ucha Szalikowej.

– Sram na Polskę i na Polaków! Brudasy jedne!

– Sram na ten kraaaaaaj… – zaczynam sobie nucić, bo jakoś mi się to kojarzy z piosenką T-Love, chociaż chyba nie do końca tak szła.

Po pięciu minutach Pan defekuje słownie na tyle rzeczy, że czuję się, jakbym jechała w tramwaju z żywą wersją Człowieka Biegunki.

Kiedy w końcu przyczepia się do jakichś młodych dziewczyn (informując oczywiście na co jeszcze się wypróżnia), my już dusimy się ze śmiechu. Dzięki Bogu i partii za te maseczki, bo nic nie widać. Jednak się do czegoś przydają.

W pewnym momencie Pan rozgląda się zdezorientowany i zadaje pytanie w powietrze:

– Zaraz…a jaki to przystanek?

-Nie wiem proszę pana, sram na to – odpowiadam do ucha Szalikowej i dławiąc się śmiechem jak nastolatki nareszcie wysiadamy.

Do domu wracam w skowronkach, zadowolona, wypoczęta i zrelaksowana. Bo co jak co, ale już dawno nie miałam ochoty tak ryczeć ze śmiechu z jakiejś tramwajowej scenki rodzajowej.

Teraz już wycofuję szkitki do łóżka i otwieram swój urodzinowy prezent od Szalikowej: „Księgi Jakubowe” 🙂

Marnie kulinarnie

Przez ostatni tydzień funduję sobie kulinarny survival.

Zachciało mi się gotować nie wiadomo co, nie zważając zupełnie na to, że czasu na takie eksperymenty nie mam w ogóle. A działanie w pośpiechu jak się kończy, każdy wie.

I tak oto w piątek wybrałam się na zakupy z myślą o sobotniej posiadówie. Kupiłam wszystko oprócz tego, co naprawdę było mi potrzebne. Okazało się to już oczywiście w domu. Tak więc pała z planowania! To, co w pośpiechu dokupiłam w lokalnym sklepie, niespecjalnie pomogło.

Kiedy wieczór zabrałam się w końcu do pracy, ze zmęczenia ledwo trzymałam się na nogach. Połączenie upał plus kilka pobudek o 6 zamykało mi skutecznie oczy i blokowało, już i tak skrzypiący, mózg.

Żeby dodać sobie trochę energii, postanowiłam zrobić sobie szybką kanapkę. W tym celu położyłam na desce kromkę chleba, na niej umieściłam całą kostkę masła i czekałam. Na co? Pojęcia nie mam. Najwyraźniej na coś, co zrobi się samo. Kiedy dotarło do mnie co robię, popłakałam się ze śmiechu.

Głupawka po jedzeniu trochę odpuściła, więc zaprzągnęłam do roboty Dziubasa. Razem w ciągu 15 minut skroiliśmy wszystko na leczo, wrzuciliśmy do gara i postawiłam go na kuchence włączając max. Dziubas zajął się więc kilkaniem w telefon, a ja robieniem ptasiego mleczka. Kiedy po kilkunastu minutach się odwróciłam, z gara już leciał czarny dym. Zjaraliśmy leczo. Ptasie mleczko tuż po ubiciu zmieniło się w wodę.

Bosz…nawet na przeklinanie nie miałam już siły -przywaliłam twarzą o poduszkę, podczas gdy Dziubas starał się wypłukać z warzyw smród spalenizny.

Wczoraj natomiast zachciało mi się zrobić gołąbki, sos pieczarkowy, kompot ze śliwek i sok z aronii. Taki prawdziwy, domowy, w słoikach. Wyparzonych, pasteryzowanych i w ogóle.

Wszystko to zajęło mi, bagatela, jakieś 12 godzin, więc w sumie nie wiem gdzie się podział wtorek.

Dzisiaj padam z nóg.

Gołąbki się trochę rozpaćkały, a pasteryzacja chyba nie przyniosła stuprocentowego efektu, także sok lepiej wypić prędzej niż później. Już trudno. Chociaż wyszedł bardzo smaczny, to jedyny plus całego przedsięwzięcia.

A teraz Lolo śpi a ja pójdę coś zjeść.

Od tego całego pisania o jedzeniu i robienia jedzenia zrobiłam się głodna…

Wylewnie

Ostatnio w naszym domu zapanowała dziwna moda na rozlewanie przeróżnych rzeczy.

Jakkolwiek, jeśli kwestii dzieci jakoś uznawałam to za normalne, tak w mojej i Dziubasa już niekoniecznie.

Zabawę w oblewanie domu zapoczątkował, o dziwo, Dziubas właśnie, który pewnego ranka potrącił przy śniadaniu swój kubek z ciepłą herbatą, zalewając siebie, stół, krzesła, podłogę, a po drodze jeszcze mnie. A to wszystko dlatego, że Paszczaki zechciały szerzej spojrzeć na świat, więc pchnęły skrzydło okna z rozmachem (bo stół mamy koło okna) wprost na Dziubasa. A on, tłumacząc mi później, zareagował adekwatnie do zagrożenia – podskoczył i zaczął uciekać.

Później poszło samo – Lolo przeszedł się przez pół domu z miską mleka w rękach, Wu coś tam rozlał, dzisiaj znów ja i tak codzień coś.

Zastanawiam się czy jesteśmy na pewno ubezpieczeni od powodzi… muszę poszukać teczki z polisą.

Poza tym nic nie jest normalnie, zgodnie z naszym standardem życiowym.

Kilka dni temu, o 6.30 rano do domu wleciał nam ptak. Przerażony usiadł w kuchni i nie wiedział co dalej zrobić. My w sumie też chwilę musieliśmy się zastanowić jak się do tego zabrać. W myśleniu rozpraszał nas fakt, że nogi śmiesznie rozjeżdżały mu się na blacie.

Dziubas wypchał z łóżka mnie. Podeszłam więc do ptaszka, popatrzyłam na niego i uciekłam z powrotem przerażona, bo patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zaraz zeżreć. Albo, co gorsza, zacząć mi łopotać nad głową. Dziubas, po dłuższym wahaniu, ubrał swoje robocze rękawice (bo gołymi rękami się brzydził) i podszedł do tego bogu ducha winnego stworzenia.

Ptak, pewnie ujrzawszy rękawice, dostał zawału, zerwał się, dwa razy zesikał na blat i wyfrunął drugim oknem na zewnątrz.

Umówmy się, że po takim poranku nie ma potrzeby pić kawy.

Z innej beczki, to jestem w jakiejś bliżej nieokreślonej żałobie po tegorocznych „wakacjach”. Bo mam wrażenie, że wczoraj dopiero przyszła wiosna, wszystko rozkwitło i zazieleniło się, a dziś nagle mamy drugą połowę sierpnia.

Czy ktoś może mi wyjaśnić kiedy to zleciało?

Pomiędzy jednym praniem a drugim? Wczoraj? Miesiąc temu?

I choć zazwyczaj o tej porze roku, zmęczona upałami wypatruję tęsknie pierwszych zżółkniętych liści, dziś jestem zła. I nieprzygotowana. I wcale na tą jesień nie mam ochoty. Bo tym latem jakoś nie zdążyłam się nasycić i nacieszyć. Za mało było słonecznych dni, wycieczek, truskawek i kompotu z porzeczek.

Na samą myśl o zbliżającej się jesieni, a potem zimie, chcę uciec z krzykiem. Jak pomyślę o tych wszystkich kurtkach, czapkach, szalikach i wiecznie zasmarkanych dzieciach.

Bosz…wypiję sobie chyba jakąś melisę. Albo pójdę na solarium. Nagrzeję się na zapas, nawet kosztem głębokich zmarszczek mimicznych…

Pamięć złotej rybki

Wczorajszej nocy śniło mi się, że zespół Behemoth grał koncert w domu Kitty. Po dziwnych rytuałach w stylu picia krwi, panowie zapaskudzili jej cały dywan, porąbali meble siekierą, a na koniec popełniliśmy wszyscy zbiorowe samobójstwo.

Luz.

Jeżeli faktycznie jest tak, jak mówią naukowcy, że mózg w nocy odpoczywa, to pragnę pogratulować formy relaksu mojemu.

Co zresztą wiele wyjaśnia – m.in. dlaczego mój piękny umysł wyłącza się w dzień i funkcjonuję jak ameba.

W zeszłym tygodniu, wyjeżdżając na wakacje, Szalikowa przekierowała do mnie swoją przesyłkę. Oczywiście odbiór książki nie był dla mnie żadnym problemem, więc zgodziłam się bez wahania. Kilka dni później, kiedy zadzwoniła pani kurier z przesyłką, zdębiałam.

Godzinę pomiędzy jej telefonem i przyjazdem główkowałam co ja takiego mogłam zamówić. Prawie osiwiałam. Nie zaświtało mi nic a nic nawet, kiedy miałam już paczkę w ręce i odczytałam nadawcę. Ba, zdziwiłam się jeszcze bardziej! Bo to pewnie jakaś pomyłka! Po kilku sekundach, czytając któryś raz z kolei „Nadawca: Antykwariat” nagle mnie olśniło. Gong pod czachą zadzwonił. Pociąg Alzheimer przyjechał na czas.

No naprawdę, wystraszyłam się samej siebie.

Kilka dni temu, kiedy przyszedł do nas wyciąg z banku, nagle znów dostałam w pysk mokrą skarpetą wypełnioną piachem.

Bo przed oczami stanęła mi scena, w której pozbywam się zeszytu pełnego różnych notatek. No właśnie. Notatek. Na przykład, specjalnie zakamuflowanego hasła do tegóż konta. Hasła, które już raz zapomniałam i musiałam dzwonić na infolinię, czekać godzinami na swoją kolej, wstukiwać przeróżne kody i skakać na jednej nodze śpiewając jednocześnie „God save the Queen”, żeby je odzyskać.

A skoro znów czeka mnie taka droga przez mękę, pomyślałam, że po prostu wyciągnę z któregoś niebieskiego worka ten kajet, spiszę hasło i wyrzucę.

Dzięki temu miałam niesamowitą sposobność przegrzebania śmieci.

Zeszytu nie znalazłam, więc musiałam go wywalić na początku lipca, kiedy była wywózka segregowanych.

Boszszsz…uwielbiam te moje zrywy w stylu minimalistycznym, kiedy to nagle, pod wpływem jakiegoś niezidentyfikowanego impulsu, postanawiam się pozbyć wszystkiego. Bo po co zaśmiecać sobie życie rzeczami, skoro materializm do niczego nie prowadzi?

Dziś, kupując prezent na urodziny B., zapomniałam hasła do mojego osobistego konta. Całe szczęście pomyliłam tylko jedną cyfrę i jakoś z automatu przypomniała mi się sama.

Nie wiem, może zacznę sobie takie rzeczy tatuować? Chociaż to musiałyby być tatuaże w miejscach raczej niedostępnych, żeby nikt tych moich haseł nie poznał…może to wyryć gdzieś za komodą, na ścianie?

Bosz. Kiedyś normalnie nie trafię do domu. Idę napchać się żeń-szeniem.

Okresowo nieprzytomna

Wczorajszy dzień mogłabym spokojnie zaliczyć do tych z kategorii „Latanie jak z piórem w tyłku”.

To pewnie wszystko dlatego, że rano wypowiedziałam magiczną mantrę: „Dziubasku, pomożesz mi dzisiaj we wszystkich załatwieniach, prawda? Bo tak strasznie źle się czuję!”.

To akurat prawda, bo z jakiegoś powodu mam turbo okres i brzuch mnie jakoś wyjątkowo boli. W ogóle jestem zmulona i najchętniej zwinęłabym się w kłębek.

Dodatkowo nie pomagał stres związany z wizytą Lola u lekarza. Nawiasem mówiąc, całe szczęście – wszystko w porządku.

Podrzuciłam więc z samego rana Wu do przedszkola, wróciłam i miałam nadzieję na spokojniejszy dzień. Krótko ją miałam, bo już zaraz okazało się, że Lolo dostał jeszcze większego ADHD niż zwykle, więc jakieś 6574574893 razy ściągałam go ze schodów. Z tym bolącym brzuchem. Kiedy poszedł spać, odetchnęłam z ulgą. Położyłam się na chwilę, ale w po chwili po coś wstałam. Tak minęła godzina. Podgrzałam sobie zapiekankę makaronową i podbiegłam do mikrofali za późno.

Zapiszczała. Zdradziecka flądra.

Lolo się obudził, zanim w ogóle pomyślałam, żeby ją zjeść.

Póżniej, wiadomo – szał, bo trzeba zdążyć na wizytę. Dojechaliśmy jedynie godzinę za wcześnie. Boszsz…No nic, zrobiliśmy spacerek do Żabki po jakąś wodę i coś do przegryzienia, odsapnęliśmy chwilę w aucie i poszliśmy na USG.

Po badaniu pani pielęgniarka wrzuciła nas do windy na poziom -1 i kazała wyjść tylnym wyjściem. Do VIP-owskich bynajmniej nie należało.

Z powrotem ruch, korki, śpiewający Lolo z tyłu w aucie. Pośpiech, pot leje się po tyłku, ale już na szczęście DOM.

Parkuję na podjeździe, oddycham z ulgą, ocieram mokre czoło i wchodzę.

Cisza.

Dziubas nie odpowiada. Dom otwarty.

Co jest grane?! Nie ma nikogo czy jak?!

Patrzę na zegarek. 16:40. Czyli Dziubas pewnie w przerwie od pracy właśnie odbiera Wu z przedszkola.

Nagle Dziubas uaktywnia się na górze.

Mnie opada kopara.

Lecę po schodach. Dziubas ma na głowie swoje słuchawki z anteną i na moje pytanie o Wu, rozkłada ręce.

Matko jedyna!

Więc podrzucam na górę Lola, lecę na dół i pędzę autem do przedszkola.

Na miejscu okazuje się, że Wu jest sam z ciocią, więc umówmy się – zadowolonej miny nie ma.

Po wyjściu mówię mu, że w nagrodę dostanie czekoladkę.

„Cekoladka mnie nie uciesy…” – Odpowiada płaczliwym tonem Wu.

Ja dębieję.

„…No to może dwie??”

„Nie, dwie tez nie…”

???

„To może zatrzymamy się po drodze na jakieś lody?!”

„Taaaak – Paszcza nagle się rozjaśnia – Wtedy nawet siem uśmiechnem!”

Bosz, mistrz manipulacji!

PS. Wieczór zarzuciłam focha. Bo Dziubas nie domyślił się, że skoro zbliżają się moje imieniny, to nie bez powodu wyciągam go w piątek do Ikei. Po obiecane lustro do łazienki. Po dotarciu w najgłębsze czeluści smutku i rozpaczy, bo on mnie już na pewno nie chce, nie kocha i nawet nie spędzi ze mną czasu, zasnęłam. Dziś wturlałam mu się na kolana i wyłożyłam łopatą co jest grane. Zgodził się na taki scenariusz bez zająknięcia. Bosz, co ten okres robi z kobietami…