Powiązania wiązankowe czyli czarny humor w praktyce

Jako, że Święta – oprócz śniegu, radości i reniferów – to podobno także czas zadumy, byłam wczoraj na pogrzebie mojego wujka. Myślę, że nawet nie ma sensu pisać czegoś w stylu, że normalnie być nie mogło, bo to oczywiste.

Wszystko zaczęło się w momencie, kiedy powiedziałam mojej mamie: „Wiem, że nie masz czasu, nic się nie przejmuj, JA zajmę się wiązanką”.

Bosz. Ja. Ta, która na wykresie drogi od czasu jest linią zjeżdżającą prosto na pysk w minusowe wartości.

Skoro pogrzeb był w środę, doszłam do wniosku, że załatwię to we wtorek. Wtedy mam wyjściowe do lekarza, więc gdzieś po drodze na pewno się uda. Nie wiedziałam co prawda po jakiej drodze, ale skończyło się jak zawsze i wróciłam do mamy z pustymi rękami. Po tym, jak stałam w kilometrowych korkach w mieście – no dobra, nie stałam – siedziałam. W aucie tak zaparowanym, że przypominało saunę. Brakowało tylko jakiejś ręki na szybie w stylu scenki rodzajowej z „Titanica”. Bo coś nam się zepsuło i od dwóch lat jeździmy w zimie z ogrzewaniem na full i uchylonymi szybami. (A ja się zastanawiam czemu ciągle choruję, no w istocie, zagadka nie do rozwikłania…)

Specjalnie wybrałam trasę wiodącą nieopodal cmentarza, mając w pamięci te kilka budek ze zniczami i kwiatami. Najwyraźniej moja pamięć świetnie mnoży, bo budka była jedna. To, co w niej było urągało nazwie wiązanki, więc odwróciłam się na pięcie i zrobiłam w tył zwrot do auta. Wtedy właśnie pan sprzedawca (mniej-więcej w moim wieku) zdecydował się wyjść i zacząć jedną z tych rozmów, których nijak nie można uciąć, chociaż mówicie komuś „Dobrze, dziękuję bardzo” czwarty raz. Na sam koniec, kiedy już jedną nogą byłam w samochodzie, pan rzucił:

„Niech pani może spróbuje w jakiejś kwiaciarni. Tam pani dorzucą też jakąś wstążkę…”

No dziękuję bardzo. W ogóle na to nie wpadłam. Dobrze, że mi pan podpowiedział, bo akurat wybierałam się do składu budowlanego po metr drutu i paczkę gwoździ. Boszsz…

Do domu wróciłam wykończona, bo w najgorszych możliwych warunkach pogodowych przejechałam tysiąc kilometrów. Pod koniec dnia funkcjonowałam już gdzieś poza świadomością.

W środę rano (bo msza zaczynała się dopiero o 12-tej) zdecydowałam się pojechać w zupełnie odwrotnym kierunku, do pobliskiego miasteczka, bo tam przecież na pewno coś znajdę.

Czasu oczywiście nie miałam, bo nijak się nie mogłam pozbierać z domu, a Dziubas (będący z tej okazji na urlopie i zostający z Lolem w domu) 45 minut przed moim wyjściem zdecydował, że naprawi tą parownicę w aucie. (Na samo słowo ROZKRĘCENIE gestapowiec w mojej głowie zaczął marsz.)

Przez mieścinę przeleciałam biegiem, parkując w podejrzanym miejscu – odrobiny uroku dodała mu pani, wychodząca z małej budy z tanim obuwiem, jedną ręką przytrzymująca na sobie wyblakłą niebieską kamizelkę, a drugą wylewając COŚ z jakiegoś wiaderka na środek ulicy. Luz.

To, co znalazłam w dwóch kwiaciarniach, zmusiłoby Chińczyków do ustawienia się w kolejce pod Ścianą Płaczu.

Na pogrzeb dotarłam z pustymi rękami. Całe szczęście, że mamie udało się kupić piękny bukiet lilii, bo inaczej stałabym na cmentarzu rozglądając się dookoła z uśmiechem zakłopotania i rzucając w powietrze frazy w stylu „Taaakże, ten…”.

Po raz kolejny moje szaleńcze tempo połączone z zadziwiającym optymizmem i niezachwianą wiarą we własne możliwości dały mi w ryłko z półobrotu.

Ja się już chyba nigdy nie nauczę…

PS. Drogi Wujku, wszyscy będziemy tutaj tęsknić za Twoją nieprzeciętną osobowością, jedynym w swoim rodzaju poczuciem humoru i dobrym serduchem. I pamiętaj, bądź grzeczny dla Pana Boga 🙂

Reklamy

Pospieszny z Dziubasowa

Całe moje życie gdzieś się spieszę.

Kiedy byłam młodsza, spieszyłam się do szkoły, na autobus, na wykłady. Spieszyłam się z zadaniem domowym robionym na kolanie, z nauką na sesję, potem do pracy.

Wydaje mi się, że ja po prostu nie umiem inaczej. Że jak nie latam wszędzie spocona i z obłędem w oczach, to nie funkcjonuję.

Jak to zwykle bywa, kiedy się spieszę, wszystko po kolei się chrzani.

I tak na przykład o poranku spieszę się, żeby wstać przed Bobem i przygotować śniadanie albo chociaż herbatę. Potem żeby go ubrać do przedszkola. W ciągu dnia spieszę się, żeby posprzątać, wyprać, ugotować coś, tak żeby zdążyć jeszcze usiąść zanim Lolo otworzy oko. Potem spieszę się podczas odpoczynku, bo może się on skończyć lada moment.

Ostatnio dzięki pośpiechowi podczas mycia zębów tak wystraszyłam się Dziubasa, który ni stąd ni zowąd stanął w drzwiach łazienki, że podskoczyłam i zahaczyłam ręką o suchy szampon stojący na półce. Oczywiście grzmotnął z całej siły na umywalkę, pociągając za sobą opakowanie patyczków do uszu. Te małe france rozsypały się po całej podłodze, a pudełko wywinęło potrójnego axla i wylądowało prosto w kiblu.

Doprawdy, Wszechświat jest w stanie zrobić WSZYSTKO, żeby mi się nie nudziło.

Tego samego dnia, spiesząc się podczas krojenia cebuli (czego nie znoszę bardziej niż zmieniania pościeli i szarpania tymi kołdrami w powietrzu…) zapomniałam o wcześniejszym zmyciu tuszu do rzęs, dzięki czemu na koniec wyglądałam jak członek zespołu Kiss. Potem, spiesząc się do Lola, całą cebulę spaliłam i wyrzuciłam.

Przez wieczny pośpiech zapominam własnej głowy, dzięki czemu zawsze palnę coś głupiego (nie, nie dlatego, że jestem nienormalna, NAPRAWDĘ, przysięgam!). Tym sposobem przez cała drogę do lekarza powtarzałam sobie nazwę leku, który brałam będąc chora i ostatecznie pomyliłam ją całkowicie. Tylko pierwsza literka się zgadzała. Znając życie pewnie wyrecytowałam jakiś lek na prostatę…

Spieszę się, więc zapominam posolić ziemniaki, wyjąć naczynia ze zmywarki, zapominam o urodzinach i imieninach i o tym, że od kilku godzin niczego nie jadłam. Niestety jakoś nie umiem zapomnieć, w której szafce są słodycze.

Normalnie boję się, że z tego pośpiechu pęknie mi jakaś żyłka. Chociaż miło byłoby podczas takiej sesji pocenia się zgubić trochę kalorii…bo ostatnio się zważyłam i odkryłam, że muszę zrzucić jakieś 5 kilo. Najlepiej tylko z brzucha. W zasadzie 6, ale miałam na sobie ubranie i buty, więc odejmuję sobie ten kilogram na zachętę.

Oczywiście na diecie być nie umiem, bo w pośpiechu zjadam to, co najszybsze w przygotowaniu, albo już gotowe.

Zastanawiam się, czy kiedyś będę w stanie się zatrzymać, czy przede mną już tylko dni wypełnione szaleństwem i lataniem z wywieszonym ozorem i rozczochranym włosem.

Wiem, co odpowiedziałby lekarz: „Taka już pani uroda”. Boszsz…

Lekarzu, lecz się sam!

Moja wiejska przychodnia jest chora. Dosłownie.

Naprawdę, dziwię się, jak to wszystko jeszcze funkcjonuje przy tego typu…filozofii? Ideologii? Tumiwisizmie???

Dodzwonić tam się nie da wcale, więc szkoda w ogóle próbować. Ilość sposobów na zablokowanie rozmówcy jest niezliczona. Sygnały, melodyjki i komunikaty byłyby w stanie zawstydzić niejedną sieć komórkową, stację radiową a także panią, która głosi informacje na dworcu.

Do pacjentów, jak i do lekarzy, panie mają podejście, nazwijmy to: ŚREDNIE.

A to telefon znów dzwoni, ktoś przychodzi nie w porę, ten lekarz się spóźnił, tamten znowu ma urlop no i co tu robić. Najlepiej zamknąć ten burdel ( ufundowany ze środków UE) na cztery spusty i udawać, że nie ma nas w środku.

Dobrej rady co do wyboru lekarzy też raczej uzyskać się nie da:

Dwa lata temu, zapisując Boba do pediatry, usłyszałam konspiracyjny szept: „Ale wie pani, że ona KOCHA wszystkie płatne szczepionki?” Do tego autorka dorzuciła tak potępiające spojrzenie, że sami szefowie wszystkich szefów w NATO by jej pogratulowali.

Miesiąc temu Dziubas, zapisując Boba do innego lekarza, usłyszał (w tym samym stylu i tonie i od tej samej pani): „Ale pan wie, że on jest przeciwny WSZYSTKIM szczepionkom?”.

Luz. I weź tu człowieku nie zwariuj. Ja osobiście zaczynam się w tym wszystkim gubić.

W poniedziałek postanowiłam sama zarejestrować się do swojego rodzinnego lekarza. Podchodząc do lady, poprosiłam o najwcześniejszą godzinę w środę. W sensie o ósmą. Bo od tej godziny właśnie przyjmują.

– Pffffff, yyyyyy, hmmmmm… – Zaczyna pani. – No bo tak… – Widać, że chce kontynuować, ale chyba się zapowietrzyła. – Najwcześniej to ja mogę na dziewiątą.

– Wcześniejsze godziny są zajęte? – Pytam naiwnie.

– Nie, to nie o to chodzi! – Matko jedyna, to o co?? Wszyscy jeszcze wtedy śpią? Jest za ciemno? Nie przystosowali się do zmiany czasu na zimowy?! – Yyyyy…hmmm… – Pani dorzuca do tego drapanie się po głowie i krzywi usta. Widzę, że nie robiła botoksu. Chwalę ją po cichu w myślach, ale za chwilę przypominam sobie po co tam stoję. – Bo to jest tak, że my po prostu nie zapisujemy na te PIERWSZE TRZY GODZINY.

Lekarze przyjmują przez cztery, ale luz. Szukam kopary gdzieś na podłodze i wyczekuję dalszego ciągu.

– No bo wie pani, RÓŻNIE MOŻE BYĆ.

No i pięknie. Orzeł wylądował. Dowiedziałam się już wszystkiego, mogę wziąć udział w Milionerach.

Boszszsz…Dzięki Bogu i partii jakoś do lekarza się dostałam. Oprócz ziółek otrzymałam też zalecenie picia syropu z babki (zawiera jedynie 60% etanolu) i wciągania wody nosem w celu płukania zatok.

Z tego, co podpowiadał mi mój instynkt samozachowawczy, raczej wody w nosie powinno się unikać, ale cóż – zrobiłam to. Tak, jest to obrzydliwe uczucie. I tak, dzisiaj czuję ulgę. Tak więc, logicznie rzecz ujmując, kiedy zaczyna się Wam lać z nosa, trzeba wciągnąć do niego jeszcze trochę wody.

No ja jednak nie umiem być pacjentem. Po tej drugej stronie lady. Ani w ogóle po drugiej stronie służby zdrowia. Tej, która stoi do mnie otworem, a ja doskonale wiem jaki to otwór.

Nie dziwię się już teraz, że na porodówce nie było klamek w oknach…

The most wonderful time of the year…?

Od czego by tu zacząć…to, że nastał grudzień pewnie każdy widzi. A wraz z nim nadeszły wiosenne roztopy i halny. Plus smog. A ja nadal wypluwam płuca – może będę miała spokój kiedy faktycznie je wypluję?

Boszsz…no ja się zupełnie nie nadaję do chorowania. Nie umiem, nie chcę, nie zgadzam się. Szczególnie na takie przewlekłe rewelacje. No ale cóż – podobno inni mają jeszcze gorzej.

Siedzę sobie właśnie w mojej masce Hannibala Lectera i wdycham jakieś płyny, które podobno mają pomóc. W ulotce przeczytałam, że ten jeden jest sterydowy, więc pewnie po kuracji będę mieć policzki napompowane jak kobieta-kot. Taki  DIY botoks w domowym zaciszu.

Pfff…tam ZACISZU. Przez weekend dom został rozniesiony przez dwa głośne Zwierzaki, z których jeden skakał z kanapy na podłogę głośno odliczając („Da, Czy, Deden!”) a drugi dobitnie informował nas o swoich kolkach.

Całe szczęście, że w sobotę wyrwałam się na kilka godzin tylko dla siebie i kupiłam już wszystkie prezenty gwiazdkowo-mikołajowe. Hurtem. Byłam w sklepie po 8, żeby uniknąć kolejek. Oprócz mnie było na tej hali tylko kilka par emerytów. I pewnie kilka osób cierpiących na bezsenność.

Oczywiście ledwo wyjechałam z domu, gdzieś ze środka podsufitki zauważyłam wielkiego pająka, który spuszczał się w dół na pajęczynie wywołując u mnie zawał. Z dzikim wrzaskiem, nie odrywając wzroku od drogi, wypłaciłam mu prawy sierpowy. Miałam nadzieję, że nikt tego nie widział, ale nie oszukujmy się… Przez resztę trasy zastanawiałam się, czy nie wczepił się w rękaw mojego płaszcza i nie wejdzie mi zaraz na kark.

Chłonęłam te świąteczne piosenki z głośników, oglądałam choinki i światełka i…ZERO efektu. Boszsz…Jak nic zaraziłam się grinchostwem od Dziubasa. Jestem na codzień w takim pędzie i chaosie, że do mojego mózgu informacja o zbliżających się Świętach dociera jak przez mgłę.

Może to te leki. Albo wiek.

W końcu Dziubas, chcąc zapewne powiedzieć mi komplement, stwierdził, że jestem już DOSTOJNA i SWOJE PRZESZŁAM.

Luz. Naprawdę nie mam pojęcia, w czym moje dostojeństwo miałoby się na codzień przejawiać.

Chcąc wczuć się w świąteczny nastrój, postanowiłam sięgnąć do mojego pudła z ozdobami, ale przypomniałam sobie, że wrzuciliśmy je na strych. Oznacza to tylko jedno: że Dziubas ma wyłączność na  ich wyciągnięcie. Bo ja na drabinę mogę wyjść tak do trzeciego stopnia, a już na pewno ze strychu bym z niej nie zeszła. Musiałby mi tam podawać jedzenie i picie dopóki nie uratowałyby mnie jakieś służby. Co prawda nie wiem kiedy i jakie, ale w okolicach Świąt strażacy chodzą sprzedawać swoje kalendarze, więc może by pomogli…

A teraz, pozostając trochę w konwencji Świąt i prezentów, chwalę się wszem i wobec nagrodą za udział w konkursie Olitorii:

Dziękuję raz jeszcze („I jeszszszcze jeden i jeszcze raz!”), cieszę się tym wszystkim do dziś 🙂

PS. Przepraszam wszystkich blogujących tuż obok, że nie jestem ostatnio z Wami na bieżąco. Jak mawiał Homer Simpson „To moja wina i mogę ją zwalić na kogo chcę”. Więc zwalam ją na dzieci 😉 Jak tylko Lolo skończy wieczorne kilkugodzinne koncerty kolkowe, będę mieć więcej czasu dla siebie. Myślę o Was wszystkich codziennie! 🙂

Nie dotyczy zatoki?

W ramach tego, że u nas zwyczajnie NORMALNIE być nie może, rozchorowałam się od nowa. Po tym, jak skończyłam jeden antybiotyk, tydzień pohasałam wolna jak gazela i wskoczyłam prosto w drugi, tym razem silniejszy.

Bonusem w tej rozgrywce są przeziębione zatoki, dzięki czemu czacha tak mnie boli, jakby ktoś w nią walił kijem baseballowym. Przy każdym schyleniu się, zmianie pozycji, ruszeniu głową w jakąkolwiek stronę, oraz przy kaszleniu. Przy czym to ostatnie wywołuje nieznane mi dotąd fale bólu. Jakbym widziała fajerwerki pod kopułą. A ma się rozumieć, że zdarza mi się zakaszleć raczej często.

Podsumowując – jutro minie miesiąc odkąd Lolo jest z nami. Miną także dwa miesiące odkąd przeziębiłam się po raz pierwszy. Plus jakiś mniej-więcej tydzień odkąd nic nie czuję. Jak na ironię, czucie zaczęło mi powoli wracać dzień przed kolejną falą zarazy.

Zastanawiam się ile to wszystko jeszcze potrwa, bo tak jakby zbliżają się Święta a ja jestem w ogóle nieprzygotowana. Póki co zażyłam trzy tabletki nowego antybiotyku. Przede mną jeszcze 17. Przez ten czas, jako, że zdycham na potęgę, zupełnie nie wiem jak zorganizować sobie…nazwijmy to po imieniu – PRZETRWANIE w domu. Bo w takim stanie nie wyjdę na zewnątrz, a tym bardziej nie wsiądę za kierownicę – ergo – nie odbiorę Boba z przedszkola. Wychodzi na to, że przez ten tydzień kiedy Dziubas wróci do pracy, oprócz poniedziałku, zostanę chora i z dwójką małych dzieci.

Na samą myśl robi mi się słabo.

Liczę na jakiś efekt uboczny antybiotyku w stylu „Halucynacje i omamy” dzięki czemu wyda mi się to wszystko kolorową krainą kucyków Pony.

A jak ostatnio przeczytałam, że listopad – z wielu powodów – jest uznawany jako najgorszy miesiąc w roku, to nie wierzyłam. Dobrze mi tak…

PS. Nadal nie przestawiłam się na zimowy czas – dzień jest dla mnie o godzinę za długi!