Sprzątanie przy kominku i Barszcz of Shame

Pamiętam dobrze TEN dzień. Poranek po powrocie znad morza, kiedy Lolo krzyczał, Bob prowadził głośny monolog, Dziubas chodził w kółko, a ja stałam na środku salonu z czterema nierozpakowanymi torbami pełnymi brudów. Zarządzając grupowe sprzątanie, wszyscy jakoś nagle się ulotnili, a Dziubas, który sam zaoferował pomoc, ogłosił: „To może ja wyczyszczę kominek?”

Bosz. Pranie zdaje się nie mieć końca. Stosy ubrań rosną szybciej, niż pralka nadąża z obrotami. Powiedzmy, że udało mi się odprać po wakacjach, niemniej jednak kosz z brudami ledwo się domyka. Co my robimy z tymi ciuchami?! Dzienny przemiał mamy rekordowy. Na szczycie plasuje się Bob, który potrafi ufifrać to, co założyłam mu 5 minut wcześniej. Oczywiście NATYCHMIAST musi to zmienić, bo mokre/brudne/wylało mu się/zrobiło bach/ma „bleee na kuszuli” i w ogóle co ludzie powiedzą.

Żeby nie było – najwięcej złotych medali zgarniam w dyscyplinie sprzątania. To dzięki Lolowi, który tydzień temu zakochał się w chodziku, więc robi Tokio Drift po całym domu, jednocześnie wpychając sobie w dziób bułkę za bułką. Okruchów mamy tyle, że spokojnie mogę urządzać jakiś Drób Festiwal i wpuszczać do środka okoliczne kury, gęsi i dzikie łabędzie. Byłoby szybciej niż znowu zasuwać z odkurzaczem, mniej męcząco, a co więcej – EKOLOGICZNIE.

Dzięki połączeniu żarcia z dziką jazdą, jego chodzik został oficjalnie nazwany PASIBUSEM. Jakby ktoś pytał co to takiego, kiedy z rozpędu użyję tego sformułowania w którymś wpisie.

Jako, iż po wypoczynku nabraliśmy energii (sarkazm, czysty sarkazm!), postanowiliśmy zrobić drugie podejście do tematu chrzcin. Wybraliśmy restaurację, w której były chrzciny Boba, więc niespodzianek nie było. To znaczy miało nie być. Dla nas.

Były. Nie dla nas.

Otóż uzgadniając menu, wprawiłam właściciela i jego żonę w osłupienie. A wszystko dlatego, że poprosiłam o barszcz z uszkami.

– Barszcz z uszkami?! Ale…barszcz? Z uszkami? – Zdziwił się pan. – Naprawdę chcecie barszcz? – Uśmiechnął się i pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Tak. – Odpowiedziałam czując podświadomie, że stwierdzenia lepiej nie rozwijać, zamknąć temat i może odwrócić jego uwagę. Spojrzałam na Lola. On na mnie. Żadnego ryku, żadnej defekacji, żadnego przypadkowego rzygnięcia. Zdrajca.

– Naaapraaawdęęęę? BAAARSZCZ? – kontynuuje pan. Bosz. Znaczy, że co? Coś mi się pomieszało? Nie zna tej zupy? A może właśnie zrobiłam wiochę i powinnam była użyć nazwy w stylu „Polewnica z narządem słuchu”?

– Tak, wszyscy go lubią, więc uznaliśmy, że będzie idealny. – Zaczynam się pocić i czuć jak na przesłuchaniu, więc usprawiedliwiam się. Stresuję się, czy taka odpowiedź go zadowoli, czy dostanę uwagę do dziennika. – Poza tym mamy w naszej rodzinie kilka osób, które nie lubią rosołu, więc barszcz będzie idealny.

– No jeszcze się z tym nie spotkałem, żeby ktoś jadł barszcz na chrzcinach… – Pan najwyraźniej dopiero się rozkręca, więc zaczynam się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi.

Żeby było ciekawiej, do dialogu włącza się jego żona, która reaguje na ową zupę podobnie jak jej mąż. Pyta mnie, czy NAPRAWDĘ.

Halo, to jakaś ukryta kamera? Chcą mi to wyperswadować? To jakiś lokalny wstyd, czy jak? A może potem ludzie na wsi będą mnie wytykać palcami i szeptać za moimi plecami „O Boże, to ta, co jadła barszcz na chrzcinach, nienormalna jakaś!”

Biorę głęboki oddech ratowniczy, opowiadam, że TAK, NAPRAWDĘ, no chyba, że państwo sugerują coś innego.

– Nienienienienie! – Zapierają się oboje rękami. – Przecież to PANI WYBÓR.

Luz.

Idę więc spać, będzie mi się śnił zapewne Barszcz Hańby a jutro sąsiedzi będą mnie obgadywać, bo komar użarł mnie w dolną wargę, więc mam jakby lekki botoks na twarzy.

Bosz…pomyślcie tylko. Komarzy Botoks – ile można by na tym zarobić! Wsadzasz dziób w otwór klatki pełnej komarów i efekt natychmiastowy. Zero bólu, zastrzyków i powtórnych ostrzykiwań, WYSTARCZY PODRAPAĆ!

Chyba ten Raid w powietrzu mi szkodzi…

Reklamy

„O, basen!”

Wykrzyknął zachwycony Bob, kiedy po raz pierwszy (w tym roku) zobaczył morze.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, ja powinnam była wydać okrzyk: „O, kuweta!” patrząc na piach.

Prolog – Kołobrzeg

Nad morze jechaliśmy zaledwie 12,5 godziny. Wystartowaliśmy około 22, na miejsce dotarliśmy o 10.30. Podczas nocnej podróży pierwszy raz w życiu urwał mi się film i nie sądziłam, że potrafię zasnąć jak kamień w samochodzie.

A same wakacje?

Ech – piaszczysta plaża, szumiące morze, piękne słoneczko…żyć, nie umierać! Oczywiście nie daliśmy rady w pełni się tym z Dziubasem rozkoszować, bo Paszczaki dostały na wyjeździe turbodoładowania.

Apartament boski, mogłabym mieć taki jako odskocznię od mojej wsi. Tylko musiałabym kupić większą suszarkę do ubrań, bo w jeden dzień produkowaliśmy więcej brudów, niż była w stanie pomieścić. A pralka miała za długie programy, za to wygrywała na koniec melodyjkę… No dobra, nie wiem czemu oceniam nasz pobyt z perspektywy szopa pracza, więc po prostu przejdę do meritum!

Część 1 – Masz tu ałka!” – Tamaluga

Z Olitorią vel Ahają spotkaliśmy się w Międzyzdrojach. Kiedy pojawiła się w drzwiach, akurat pochłaniałam kawał smażonego dorsza.

No i co tu dużo mówić – oni wszyscy są cudowni! Oni w sensie Olitoria, Tomek, Oliwia i oczywiście Tamaluga!

Po pierwsze – sama właścicielka tamalugowego bloga wygląda tak rewelacyjnie, że na pewno kłamie i wcale nie ma dwóch dorosłych córek 😉

Po drugie – Tomek jest bardzo ciepłym człowiekiem i niezwykle oddanym tatusiem Tamalugi, która też żyć by bez niego nie mogła. Od razu nawiązali z Dziubasem kontakt i uciekli nam gdzieś na molo zostawiając nas z tyłu.

Po trzecie – Oliwia jest śliczną dziewczyną o figurze modelki, więc w ogóle nie wiem po co jej te studia. Pamiętaj, jakby co, uderzaj w markę Chanel! Pozbędziemy się Kristen Stewart z otwartą japą!

Po czwarte – Tamaluga, ach, Tamaluga! Możnaby o niej napisać książkę 🙂 Skradła nasze serca momentalnie, a najbardziej oczarowała Boba, który poddawał się jej uściskom i zarobił pierwszego w życiu buziaka. Na tyłach restauracji koło toalet, więc tak życiowo, na poważnie.

Spędziliśmy razem kilka rewelacyjnych godzin, podczas których Bob z Tamalugą bawili się na różnych łodziach podwodnych i innych automatach na dwuzłotówki, jedli razem lody, a na koniec rozgorzała szaleńcza gonitwa, podczas której Bob zaliczył glebę i odbił sobie na brodzie wzór z desek podłogowych.

Zaryczany rzucił mi się na szyję i szlocha. Podchodzi Tamaluga, ocenia sytuację i szybko podsumowuje: „Masz tu ałka!” wskazując na podbródek zaskoczonego Boba.

Uznaję za niesprawiedliwy fakt, że mieszkamy na dwóch różnych końcach Polski! Napiszę w tej sprawie do trybunału w Strasburgu!…Tylko podejdę po wzór podania do naszego urzędu gminy, bo nie wiem od czego zacząć.

Olitoria & Dziubasowa

20190616_170838

Część 2 – „Swoją barkę pozostawiam na brzegu” – Izzy

Izzy z mężem i dziewczynkami postanowili spędzić długi weekend w naszym mieście, więc od razu ustaliłyśmy termin spotkania. Będąc cały czas w kontakcie telefonicznym, zaparkowaliśmy swoje samochody i zmierzaliśmy na umówione miejsce.

W międzyczasie oczywiście wszechświat postanowił przywalić nam zapowiedzią niezłej burzy, więc schroniliśmy się przed wiatrem na zacumowanej barce o rzut beretem od miejsca spotkania. Paszczaki rozsiadły się za stołem, a ja wyciągnęłam telefon, na którym właśnie od ponad czterech minur trwała moja „rozmowa” z Izzy. Okazało się, że czekają na nas już nie wiadomo ile, więc doszli do wniosku, że uciekliśmy, albo wpadłam do Wisły.

Stanęłam więc na pokładzie niczym Jack Sparrow i nawiguję! Jako, iż z kompasem mam niewiele wspólnego, zaprowadziłam ich w odwrotnym kierunku. Bo kilometr dalej też były barki. Też białe. Boszsz…Izzy z rodziną zaliczyli więc półmaraton a ja miałam ochotę bić czołem w stół. W ten barkowy. Pewnie ma swoją nazwę, jak wszystko na łodzi.

No i co? Nie zaskoczę pewnie nikogo pisząc, że było rewelacyjnie! Kiedy skończyło padać poszliśmy na spacer, a nasze dzieci szalały razem. No dobra, Elsa i Bob szaleli. Misia jest niesamowicie opanowaną osobą, chyba wdała się w tatę 🙂 A sama Izzy jest bardzo ładna! Ma zdecydowanie najładniejsze jasnoniebieskie oczy, jakie w życiu widziałam! Jako osoba marząca od zawsze o niebieskich, wybieram właśnie takie!

Sesję zdjęciową zaliczyłyśmy, chociaż zdjęcie tyłem nam nie wyszło. To znaczy panom nie wyszło, bo my pozowałyśmy cudownie. Ja trzymałam na rękach Elsę, Izzy Misię i czekamy. CYK! Oglądamy rezultat i szczeny nam opadają.

– Nie chcę takiego, mam na nim ogromny brzuch! – Protestuje Izzy.

– Jak może być go widać, skoro stoisz tyłem? – pyta jej mąż.

– Też go nie chcę, mam na nim garba jak Quasimodo! – No cóż, faktycznie, stałam przodem do dzwonnicy…

Zapozowałyśmy jeszcze raz, wyprostowałyśmy się, wciągnęły to i owo i stoimy. Po kilku minutach okazało się, ża nasi mężowie stali i patrzyli na nas z rękami w kieszeniach. Żadnej sesji, nikt nie robi fotek. I zastanawiają się, czemu my tak stoimy.

Epilog

Chcę więcej! W życiu się nie spodziewałam, że ten rok przyniesie mi aż dwa spotkania blogowe, w tym oba w ciągu jednego tygodnia! Miałam życie towarzyskie niemal tak bogate jak moja pralka, którą, zepsutą, w ciągu tygodnia odwiedziło dwóch różnych panów.

Plan na następne spotkanie już mamy, więc kalendarz w dłoń i ustalamy termin!

A ja idę włączyć do kontaktu Raid, bo zaraz mi komary dobiorą do tyłka.

Dobrej nocy! 🙂

Wolny dzień i orka na ugorze

W zeszłą środę doczekałam się dnia, o którym fantazjowałam od tygodnia – Kitty zaopiekowała się Lolem przez dwa dni – z nocą włącznie! – więc planom nie było końca.

Odwiozłam go z całym osprzętem i około 11-tej byłam wolna. Zaliczyłam spokojne zakupy z moją mamą, odebrałam spokojnie Boba z przedszkola, spokojnie przespałam noc. Żeby nie było – kiedy pakowałam mu torbę starałam się nie myśleć o tym, że JUŻ za nim tęsknię. Matka kwoka, słowo daję…

Następny dzień znów miał upłynąć w spokoju – na sadzeniu surfinii, spacerze po mieście i odwiedzeniu A. w szpitalu. Słowo kluczowe w tym zdaniu to „MIAŁ”. A jeszcze bardziej kluczowe to „UPŁYNĄĆ”.

Otóż gucio wyszło z moich planów. Z rozwianym włosem wleciałam do apteki i sklepu po coś słodkiego dla A., wpadłam do samochodu i dystans, który miałam pokonać w 45 minut zajął mi 3 godziny i 15 minut. Miasto nagle postanowiło się zalać w trupa dzięki deszczom, część ulic zamknięto, więc te 3 godziny spędziłam siedząc za kierownicą. Normalnie FIZYCZNIE czułam jak siwieją mi kolejne włosy i komórki mózgowe obumierają w bezczynności.

Dziwię się, że większość z nas nie wysiadła z tych aut, nie machnęła ręką i nie poszła pieszo. Może dlatego, że lało…

Bosz…co za horror!

Odwiedziny zredukowałam do 45 minut, następnie pędziłam do Kitty odebrać Lola, a stamtąd w stronę przedszkola po Boba. Oczywiście dzięki drożności miejskich ulic Dziubas musiał wyjść wcześniej z pracy i ścigaliśmy się, żeby w ogóle zdążyć odebrać Boba w tym samym dniu. Jemu udało się trochę wcześniej.

Do domu wróciłam wytyrana jak koń po westernie, spocona, rozczochrana i z plamą po sosie pomidorowym na środku nowego sweterka, bo niestety ale musiałam cokolwiek w tym aucie zjeść, żeby nie zemdleć przez tyle czasu. Sucha bułka-pizza postanowiła upaść mi więc jedyną mokrą czerwoną plamą sosu na brzuch.

Wolny dzień diabli wzięli, o 20-stej przywaliłam twarzą o poduszkę i urwał mi się film.

Plany intensywnej eksploatacji naszego „ogrodu” przez ten deszcz też spełzają na niczym. Skopaliśmy jedno miejsce, powybieraliśmy wszechobecne kamienie i czekamy aż zaświeci trochę słońca, żeby rozłożyć agrowłókninę i cokolwiek posadzić.

Tak więc wyglądam za okno na ten ugór pełen piachu i snuję wizję pięknego skalniaka. Bo nic innego tam się nie przyjmie, nie oszukujmy się.

W ogóle wpadłam w jakiś ogrodowy cug i oglądam na Netflixie wszystkie tego typu programy. „Pokochaj swój ogród”. „Jak założyć ogród”. „Jak założyć ogród i nie zwariować, a potem pokochać swój ogród”. I tym podobne. Normalnie czuję, że jestem stworzona do ich projektowania! Bo może do samego zakładania już mniej…chociaż to dziuganie w ziemi jest tak relaksujące, że mogłabym to robić cały dzień!

A na koniec jeszcze krótki dialog między mną a Dziubasem obrazujący szereg różnic w postrzeganiu rzeczywistości na linii kobieta-mężczyzna:

Ja: Wiesz, że Bob zaliczył wczoraj swój pierwszy prawdziwy wyczyn kaskaderski? Zjechał na rowerze z samej góry podjazdu i z całą tą prędkością wbił się w ścianę domu. Na szczęście przednie koło przyjęło całe uderzenie…To znaczy trochę go tam wyrzuciło z siodełka ale tylko delikatnie dotknął twarzą ściany.

Dziubas: A został jakiś ślad?

Ja: Nie…wczoraj miał kilka takich mini-zadrapań na policzku, ale zaraz mu zeszło.

Dziubas: Pytam o elewację. Twarz to się zagoi.

LUZ.

Powrót z półobrotu

Bosz. No to jestem. Ledwo mam czas na napisanie tej notki i korzystam z debetu ale żyję, chociaż moje zatoki usilnie próbują mnie udusić. Jestem na prochach (antydepresant, antybiotyk i PRObiotyk. Żeby było cokolwiek pozytywnego!) i praktycznie śpię dziś na stojąco, ale to wszystko przez naszego Lola, który ząbkuje i jednocześnie uczy się raczkować. Jest to mix, który ma za zadanie sprawdzić resztki naszej wytrzymałości.

Bob jest jedynym, który się tym nie przejmuje, bo odkąd Lolo stał się niejako rozumniejszy, wygłasza do niego całe epopeje. Najczęściej w stylu „Lolo, nie do buzi! Nie jedz tego! Idź tam!”. Chociaż są też zabawy w stylu „Pa,pa, Lolo, idę do pracy” czy „Dzień dobry, sprzedaję lody, chcesz bibiciowe???”

I niby mężczyźni są małomówni. Każdy, kto tak twierdzi, niech zajrzy w naszą dżunglę. I najlepiej od razu zaopatrzy się w zatyczki do uszu.

Z ciekawostek dnia i nocy, w ramach powrotu do żywych, wybrałam się w zeszły czwartek na zakupy. Takie dla przyjemności. A tak naprawdę musiałam kupić jakieś buty, bo poprzednie rozwaliły mi się po miesiącu.

Na miejsce dotarłam bez przygód, zaparkowałam bez problemu, dojechałam o czasie.

Ha! I już od razu powinnam była wyczuć, że jest ZBYT NORMALNIE! Ale to chyba moja intuicja mnie zawiodła ućpana po brzegi serotoniną.

No więc wchodzę ci ja do galerii („Hihi, coś ty…handlowej, kretynko głupia!”), staję na ruchomej podłodze (bo schodów tam nie było, powierzchnia zupełnie płaska, acz jadąca w dół) i nagle widzę moje stopy na wysokości twarzy.

Bosz. Moje śliskie buty nie wytrzymały presji, podcięło mi nogi i wygrzmociłam się kuprem o ziemię. Tak z całej siły.

Zebrałam się do pionu w ułamku sekundy ignorując ból, który sprawił, że zrobiło mi się gorąco i niejako niedobrze, ale MUSIAŁAM się rozejrzeć, czy ktoś widział.

Za mną nie było nikogo, ale ci jadący pod górę pewnie zauważyli, że ktoś sobie stoi i nagle MYK! Znika.

Kiedy bielmo zeszło mi z oczu, przez następne pół godziny prawie przygryzałam policzek, bo tak strasznie chciało mi się śmiać, że normalnie nie mogłam wytrzymać. Już miałam plan, że wyciągnę telefon i niby śmieję się, bo z kimś rozmawiam, ale jakoś udało mi się opanować.

Tak więc na skoczka narciarskiego się nie nadaję, lądowania telemarkiem nie opanowałam, przez resztę czasu korzystałam z windy.

Poza tym Dziubas znalazł niedaleko nas pierogarnię, więc na pewno już będę gruba, bo uzależniłam się od pierogów z truskawkami. Widzą nas tam co drugi dzień, więc albo wyrobią nam kartę stałego klienta, albo wystraszą się i przeniosą w inne miejsce. Ewentualnie zejdę z przedawkowania glutenu. I truskawek. Już trudno, podobno na coś umrzeć trzeba.

Myślę, że obsługa zapamiętała nas już na zawsze po ostatnim wyjściu z lokalu. Ja stoję w drzwiach, trzymam Boba za rękę, a zadowolony Dziubas dzierży w dłoniach zapas pierogów na wynos i woła z uśmiechem, że dziękuję i że do widzenia.

– Dziubas… – Sprowadzam go na ziemię z tego Everestu doznań.

Dziubas patrzy na mnie. Patrzy. Zastanawia się.

Wskazuję podbródkiem stolik, przy którym w foteliku samochodowym chrapie Lolo.

– Jeszcze drugie dziecko.

– A.

Badum-tsss!

PS. Czy ta pogoda kiedykolwiek się zmieni?! Bo wyniosłam już na górę zimowe ciuchy!

PPS. TĘSKNIŁAM! Dziękuję Wam za wsparcie 🙂

Wyznanie

Kochani,

Postanowiłam napisać tą notkę, żebyście wiedzieli co tak naprawdę u mnie się dzieje.

Z wyczerpania, braku snu i pewnie też przy „pomocy” szalejącej tarczycy mam depresję poporodową. Z bonusem w postaci nerwicy lękowej i ataków paniki.

Dziś jest dopiero drugi dzień z antydepresantem, który zadziała dopiero za 2-3 tygodnie. Póki co przeżywam koszmar. Wszystkim nam jest bardzo ciężko, a ja nie nadaję się do niczego. Najchętniej leżałabym i płakała albo wpadała w histerię.

Piszę to, bo staliśmy się gronem, które dzieli się ze sobą wszystkim. Bo jesteście dla mnie wparciem, którego teraz ogromnie potrzebuję.

Z jednej strony wiem, że moja normalna codzienność jest na wyciągnięcie ręki, ale coś wpędza mnie w histerię i boję się, że z niczym sobie nie poradzę. Chociaż racjonalnie wiem, że to nieprawda, ale trudno tu o racjonalność…

Bądźcie. Ja też będę od czasu do czasu się odzywać.