Biblia – alternatywne zakończenie

Rozmowa pomiędzy moją Big Sis a Ciociem (jej mamą):

Cioć: Wujek z Ciocią E. wybierają się na pielgrzymkę.

Big Sis: O, serio? A gdzie?

Cioć: No właśnie nie pamiętam dokładnie nazwy…coś na eS. Stryszów, Sędziszów…no nie wiem, nie przypomnę sobie. W każdym razie gdzieś koło Zakopanego. Wiesz, to ta miejscowość, w której POSTRZELILI PANA JEZUSA KIEDY SIĘ MODLIŁ.

Big Sis: …Mamo…ale co??Jak to…postrzelili?! Kogo?!

Cioć: No papieża. A co ja powiedziałam???

*

Boszsz…kocham moją rodzinę, nigdy nie zamieniłabym jej na żadną inną 😉

Reklamy

Paczucha z niespodzianką – KONKURS!!!

Wczoraj dotarła do mnie paczka od Aksini! Oto jej zawartość, która niezmiennie mnie zachwyca! Chwalę się wszem i wobec 🙂

20181011_114642

A zatem, Panie i Panowie, zapraszam do mojego małego konkursu!

Oto Dziubasowy regulamin:

– Dziubasowa paczucha powędruje do TRZECH szczęśliwców

– Jeśli do konkursu zgłosi się więcej niż trzech petentów i zabawi się w potyczki słowne, szczęśliwa trójka zostanie wylosowana (wzorem Aksini) przez mojego Boba – więc jakby co, do niego proszę kierować wszelkie reklamacje 🙂

– Konkurs potrwa do 20.10.2018

– Lista zwycięzców zostanie ogłoszona do końca października (z racji tego, że nie wiem kiedy Lolo zdecyduje się pojawić na świecie, muszę dać sobie jakąś rezerwę czasową, w związku z tym proszę o cierpliwość).

– Paczuchę wysyłam maksymalnie do końca listopada za pośrednictwem Poczty Polskiej (mieszkam na takim zad…odludziu, że pojęcia nie mam gdzie w okolicy są jakieś biura kurierskie…)

– Żeby otrzymać paczuchę będzie trzeba podać mi adres, który będzie mi potrzebny tylko i wyłącznie do celu wysyłki. Nie podejdę pod Wasz dom nocą, żeby załomotać Wam bagnetem w drzwi, nie bójcie się 😉 Podobnie jak dziewczyny nie jestem też zboczeńcem/złodziejem danych i innego mienia/psychopatką/porywaczką ani Klaunem z Koszalina (przysięgam, że nie wiem o co z nim chodzi, ale dzisiaj dzieci się nim straszyły na placu zabaw…).

A TERAZ ZADANIE KONKURSOWE!

Zamieść w komentarzu krótki wierszyk o Dziubasach 🙂 Ilość wersów – od dwóch wzwyż. Oczywiście nie decyduje ilość ale jakość! Liczę na Waszą wenę drogie Czytelniczki i Czytelnicy, zaskoczcie mnie! Kocham wierszyki, uwielbiam je czytać i pisać na różne okazje, więc ucieszę się, jeśli dacie się namówić 🙂

Powodzenia wszystkim, nie wstydźcie się zgłaszać, odwagi, uszy w górę, coco jamboo i do przodu!

Wasza Dziubasowa 🙂

Mechaniczne przypadłości

Wszystko zaczęło się w ostatni piątek, kiedy Bob obudził się z gorączką i wyciem.

Do wycia za chwilę dołączył Dziubas, powtarzający jak mantrę, że musimy zaraz pojechać i odebrać Szprota od mechanika. Bo kilka dni wcześniej Szprot wydał jakieś dziwne jęknięcia, w związku z tym od razu trafił do naprawy.

Boszsz…a jeszcze nie ma siódmej.

Bobo wyje i pokłada się na kanapie, Dziubas w pośpiechu jedną ręką coś je, a drugą się ubiera.

Ja w samym środku szaleństwa. Dookoła bajzel, porozrzucane wszędzie zabawki, resztki żarcia pod stołem, ubrania wiszące na wszystkim, na czym tylko dało się je zawiesić. I tak siedzę. Bo niespecjalnie mogę się ruszyć, ale staram się jakoś na siedząco założyć skarpetkę na lewą stopę. Wygląda to conajmniej jak mongolska interpretacja Jeziora Rannego Łabędzia.

W ciągu najbliższych dziesięciu minut już prawie jesteśmy gotowi do wyjścia. Bobo ubrany, Dziubas też. Ja nie mogę zgiąć balona ani nóg, więc Dziubas zakłada mi buta na lewą stopę (No właśnie, na prawą jakoś jestem w stanie zrobić to sama…) i stęka z wysiłku, rzucając co chwilę, że mam za dużą nogę, za grubą skarpetkę, za małego buta etc.

Wychodzimy. To znaczy oni wychodzą, ja się toczę krokiem człowieka-pingwina. Takiego, któremu po nocy puchną dłonie. A więc pingwina z rękami drwala.

Dojeżdżamy na miejsce (całe szczęście znajdujące się 5 min od naszego domu), Dziubas wysiada i idzie do biura, ja turlam się na miejsce kierowcy, Bob z tyłu siedzi zamulony w gorączce. Dziubasa nie ma, nie ma, nieeee maaaaaa…Bobowi nagle chce się jeść i pić, jakby przez ostatni miesiąc czołgał się przez piaski Sahary. Staram się zainteresować go kupą złomu stojącą wokół nas, ale jakoś bezskutecznie.

Dziubas wraca. BEZ SZPROTA.

Okazuje się, że w sumie to jeszcze nie jest gotowy, będzie koło południa.

Nie no, luz. WCALE to wyjście nie kosztowało nas sto procent energii i zdrowia psychicznego.

Do domu prowadzę ja, chociaż jestem nieprzytomna, wielkie dłonie zasłaniają mi cały widok, a brzuch prawie naciska klakson.

Około południa wychodzimy z Bobem od lekarza i jedziemy po Szprota raz jeszcze.

Dziubas wraca po 30 minutach, tym razem jednak odbiera auto.

Jedziemy do domu. On Szprotem, ja Dziubasowozem. Znów. Wielkie dłonie, brzuch, itp. Itd.

Pod domem okazuje się, że ekipa od ogrodzenia przyjechała na 15 minut, żeby dołożyć jakąś ostatnią cegiełkę i wjechanie na nasz podjazd graniczy z cudem. Na samym środku stoi wielka landara właściciela, dookoła walają się pustaki i kable, więc manewruję jak szalona.

Tuż za mną pod dom podjeżdża Dziubas, który o mało co nie wjeżdża w tył auta szefa wszystkich szefów.

Zmęczona, śpiąca, obolała i chcąca siku, wytaczam się zza kółka, mając w głowie już tylko wizję kanapy.

Okazuje się, że musimy wracać do mechanika, bo po przejechaniu tych 5 minut, Szprot nadal rzęzi i kaszle.

Boszsz…to się nie dzieje naprawdę.

Ledwo wyjeżdżamy z podjazdu na dziesięć razy (idealna gimnastyka na dziewiąty miesiąc…) i docieramy do warsztatu. Na miejscu, po kolejnych 15 minutach, Dziubas zostawia Szprota, którego nazajutrz mechanik ma nam odwieźć do domu.

W końcu wracamy. Ja padam pyskiem na kanapę. Bobo zasypia obok mojego truchła.

I niech mi ktoś jeszcze próbuje wcisnąć kit, że ruch to zdrowie…

Szklanka do połowy pełna…?

„(…) Kiła, opanowując mózg, jednocześnie uaktywniała jego komórki, powodując u zarażonej osoby wręcz nieziemskie wizje i majaki. Z tego względu na ‚niemoc kurewników’, jak często nazywano syfilis, cierpieli nie tylko amatorzy płatnej miłości, ale większość artystów, którzy zarażali się chorobą celowo, chcąc przekroczyć ograniczenia stawiane im przez własny umysł (…) Guy de Maupassant na wieść o chorobie zareagował wręcz entuzjastycznie: ‚Mam syfa, ale takiego z prawdziwego zdarzenia, nie jakiś tam tryper, nie świętoszkowate kłopociki, nie mieszczańską kłykcinę kończystą, nie mdłe jarzyny z wody, nie, nie! To prawdziwy, wielki syf, na który zmarł Franciszek I. Jestem z niego dumny i mam w pogardzie wszystkich burżujów. Alleluja! Mam syfa! A skoro go mam, nie boję się już, że go złapię!'”.

Luz.

Iwona Kienzler – „W oparach Absyntu – Skandale Młodej Polski”.

Nowomowa Dziubasowa

Podobno jest tak, że każda para ma swój język. Wyczytałam to kiedyś w jakimś mądrym artykule w sieci i od razu się z tym zgodziłam. Co więcej, swój język mają też całe rodziny. Nasza jest tego najlepszym przykładem. Oczywiście przy obcych mówimy do siebie normalnie…a przynajmniej staramy się.

Dziś postanowiłam wrzucić tutaj kilka(naście) przykładów naszych słówek – na wypadek, gdybyście znaleźli się w naszym domu i nie wiedzieli jak się zachować 😉

Nazwy własne

Po imieniu nie mówimy sobie z Dziubasem nigdy. Do Boba już częściej, ale też nie zawsze.

Ja jestem na codzień Dziobas. Ewentualnie Zwierzak, kiedy Dziubas próbuje podkreślić fakt, że zachowuję się w sposób – w jego mniemaniu – mało cywilizowany. Np. Kiedy jem na kanapie a nie przy stole (przywilej ciążowy!) albo uderzę końcówką banana w stół, jeśli nie daje otworzyć się normalnie. Funkcjonuję też jako Żon.

Dziubas na codzień jest Dziubasem. Czasem stosuję wobec niego określenie „Zwierzu-nietoperzu”, „Dziubaśniku-paśniku” albo „Dziobas-bobas”. No nie wiem, widocznie w jakiś dziwny sposób trzymają się mnie rymowanki. Jest też Mężozwierzem (tak mam go zapisanego w telefonie).

W zasadzie powiedzenie „Ale z Ciebie Zwierzak”odnosi się do nas obojga– np. Kiedy Dziubas zostawi na środku orle gniazdo albo przystroi oparcie krzesła onucami. Można także użyć stwierdzenia „Ale zwierzakujesz” ewentualnie „Ale zwierzaczysz”. Oczywiście czasami wzmacniamy znaczenie wołając „Ale przyzwierzaczyłeś!” (Chciałabym to ostatnie usłyszeć z ust jakiegoś obcokrajowca…)

Gwoli wyjaśnienia – na zawołanie „Ale z Ciebie Zwierzak!”, odpowiedź brzmi zawsze „Z Ciebie!”. Zanim jeszcze padnie jakikolwiek argument bądź wyjaśnienie użycia tego określenia.

Bobo był do tej pory Bobem. Odkąd jest większy, staje się Zwierzem, Zwierzakiem, Ananasem, Bobondżakiem, Bobondżonem (tak po amerykańsku), Bobondżordżem (tak po amerykańsku, ale elegancko), Kokondżakiem (kiedy wyjątkowo szaleje), Kokondżonem…i w ogóle Dżonem w każdej postaci…Hmmm…może powinniśmy nazwać go John i po prostu mieć to z głowy?

Pożabić/ Pobobondżyć sobie Kiedy Bob był mały, wyglądał jak żaba. Jak większość noworodków. Tak więc kiedy pełzał bądź raczkował z tymi rozstawionymi tylnymi nogami, mówiliśmy, że „Idzie sobie pożabić”. Potem, kiedy zaczął biegać, skakać i wprowadzać chaos, nazwaliśmy to Bobondżeniem. Np. „Zaraz pójdziemy na plac zabaw, to sobie pobobondżysz”. Czyli, – wyżyjesz się.

Szkitowanie Kopanie bądź wierzganie nogami. Ten, kto szkituje, jest szkitownikiem.

Kokoszenie się/ szprocenie – Wiercenie się w celu znalezienia sobie odpowiedniej pozycji do spania bądź odpoczywania. Można powiedzieć „Przestań się kokosić!” albo „Patrz, jak się szproci!”

Kokonienie „Zakokonić” czyli stworzyć sobie z kołdry albo koca kokon, którym można owinąć się po same uszy albo czubek głowy.

Barłożenie Czyli największy weltschmerz Dziubasa. Kiedy jem na kanapie, barłożę. Czyli robię sobie barłóg pełen okruchów z jedzenia.

KidanieRozlewanie czegoś albo poplamienie jakąś cieczą. Jak Bob coś rozleje, wtedy dywan jest okidany.

Grajdołek – Oznacza to samo, co barłóg. Tylko o większym spektrum bałaganu.

NietoperzowanieTo stan wyjątkowy. Pojawia się, kiedy Dziubas wychodzi z łazienki owinięty jednym ręcznikiem wokół pasa a drugi ma zarzucony na ramiona jak pelerynę. I tak stanie sobie na samym środku, zawiesi się, trzyma sobie tą nietoperzowatą pelerynkę i w zamyśleniu kiwa głową sam do siebie. Równie dobrze mógłby zwisać z sufitu. O czym wtedy myśli? No cóż, pewnie w 90% przypadków zastanawia się gdzie jest jego piżama.

PaśniczankaRodzaj napoju, który Dziubas bardzo lubi pić w zimie. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się zwyczajna czarna herbata z cytryną i z miodem.

KlonkierRodzaj mebla albo innego obiektu, który jest wielki, toporny i niepotrzebnie zajmuje dużo miejsca.

Wybrane inwektywy

Uwaga, cenzury nie będzie! Wrażliwcy mogą opuścić ten punkt!

W rodzaju żeńskim występuje w naszym słowniku:

Lampucera – najczęściej kobieta powyżej 50-tki ubrana w jakieś futro w panterkę, szpilki,  pomalowana czerwoną szminką i zachowująca się jak rycząca dwudziestka.

Hadra/Franca – złośliwa baba, która lubi się czepiać.

Szantrapa – mocniejsze określenie hadry. Szantrapa jest bardziej awanturująca się.

Cipirinda – kobieta nierozgarnięta, ale upierająca się w swoich błędnych przekonaniach.

Torba/torba grochowa – cóż, u nas to raczej pocieszne określenie. Czasem nawet pieszczotliwe. Używane w sytuacjach typu „Co się torbo nie odzywasz tak długo?”

Królewna męczybuła/ Mękoła – tego chyba nie trzeba wyjaśniać…

Rodzaj męski reprezentują:

Ciućma – facet nieogarnięty życiowo w każdej sytuacji

Ciul – to już określenie obraźliwe. Tak, żeby nie używać innych, bardziej wulgarnych…(Boszsz…w mojej poprzedniej pracy przechodziłam katorgę, kiedy moja szefowa zwracała się do swojego syna MaCIULKU…)

Bucenty – ktoś, kto zachowuje się w sposób chamski.

Podsumowując – pamiętajcie!

Kiedy znajdziecie się w otoczenu Dziubasów i usłyszycie jakiś dziwny ciąg zdań, nie wahajcie się zapytać o co chodzi!

A najlepiej wydrukujcie sobie ten słowniczek, wtedy na pewno się dogadamy… 😉

PS. Zachęcam do podzielenia się Waszymi domowymi osobistymi słowniczkami! 🙂