Wolny dzień i orka na ugorze

W zeszłą środę doczekałam się dnia, o którym fantazjowałam od tygodnia – Kitty zaopiekowała się Lolem przez dwa dni – z nocą włącznie! – więc planom nie było końca.

Odwiozłam go z całym osprzętem i około 11-tej byłam wolna. Zaliczyłam spokojne zakupy z moją mamą, odebrałam spokojnie Boba z przedszkola, spokojnie przespałam noc. Żeby nie było – kiedy pakowałam mu torbę starałam się nie myśleć o tym, że JUŻ za nim tęsknię. Matka kwoka, słowo daję…

Następny dzień znów miał upłynąć w spokoju – na sadzeniu surfinii, spacerze po mieście i odwiedzeniu A. w szpitalu. Słowo kluczowe w tym zdaniu to „MIAŁ”. A jeszcze bardziej kluczowe to „UPŁYNĄĆ”.

Otóż gucio wyszło z moich planów. Z rozwianym włosem wleciałam do apteki i sklepu po coś słodkiego dla A., wpadłam do samochodu i dystans, który miałam pokonać w 45 minut zajął mi 3 godziny i 15 minut. Miasto nagle postanowiło się zalać w trupa dzięki deszczom, część ulic zamknięto, więc te 3 godziny spędziłam siedząc za kierownicą. Normalnie FIZYCZNIE czułam jak siwieją mi kolejne włosy i komórki mózgowe obumierają w bezczynności.

Dziwię się, że większość z nas nie wysiadła z tych aut, nie machnęła ręką i nie poszła pieszo. Może dlatego, że lało…

Bosz…co za horror!

Odwiedziny zredukowałam do 45 minut, następnie pędziłam do Kitty odebrać Lola, a stamtąd w stronę przedszkola po Boba. Oczywiście dzięki drożności miejskich ulic Dziubas musiał wyjść wcześniej z pracy i ścigaliśmy się, żeby w ogóle zdążyć odebrać Boba w tym samym dniu. Jemu udało się trochę wcześniej.

Do domu wróciłam wytyrana jak koń po westernie, spocona, rozczochrana i z plamą po sosie pomidorowym na środku nowego sweterka, bo niestety ale musiałam cokolwiek w tym aucie zjeść, żeby nie zemdleć przez tyle czasu. Sucha bułka-pizza postanowiła upaść mi więc jedyną mokrą czerwoną plamą sosu na brzuch.

Wolny dzień diabli wzięli, o 20-stej przywaliłam twarzą o poduszkę i urwał mi się film.

Plany intensywnej eksploatacji naszego „ogrodu” przez ten deszcz też spełzają na niczym. Skopaliśmy jedno miejsce, powybieraliśmy wszechobecne kamienie i czekamy aż zaświeci trochę słońca, żeby rozłożyć agrowłókninę i cokolwiek posadzić.

Tak więc wyglądam za okno na ten ugór pełen piachu i snuję wizję pięknego skalniaka. Bo nic innego tam się nie przyjmie, nie oszukujmy się.

W ogóle wpadłam w jakiś ogrodowy cug i oglądam na Netflixie wszystkie tego typu programy. „Pokochaj swój ogród”. „Jak założyć ogród”. „Jak założyć ogród i nie zwariować, a potem pokochać swój ogród”. I tym podobne. Normalnie czuję, że jestem stworzona do ich projektowania! Bo może do samego zakładania już mniej…chociaż to dziuganie w ziemi jest tak relaksujące, że mogłabym to robić cały dzień!

A na koniec jeszcze krótki dialog między mną a Dziubasem obrazujący szereg różnic w postrzeganiu rzeczywistości na linii kobieta-mężczyzna:

Ja: Wiesz, że Bob zaliczył wczoraj swój pierwszy prawdziwy wyczyn kaskaderski? Zjechał na rowerze z samej góry podjazdu i z całą tą prędkością wbił się w ścianę domu. Na szczęście przednie koło przyjęło całe uderzenie…To znaczy trochę go tam wyrzuciło z siodełka ale tylko delikatnie dotknął twarzą ściany.

Dziubas: A został jakiś ślad?

Ja: Nie…wczoraj miał kilka takich mini-zadrapań na policzku, ale zaraz mu zeszło.

Dziubas: Pytam o elewację. Twarz to się zagoi.

LUZ.

Reklamy

Powrót z półobrotu

Bosz. No to jestem. Ledwo mam czas na napisanie tej notki i korzystam z debetu ale żyję, chociaż moje zatoki usilnie próbują mnie udusić. Jestem na prochach (antydepresant, antybiotyk i PRObiotyk. Żeby było cokolwiek pozytywnego!) i praktycznie śpię dziś na stojąco, ale to wszystko przez naszego Lola, który ząbkuje i jednocześnie uczy się raczkować. Jest to mix, który ma za zadanie sprawdzić resztki naszej wytrzymałości.

Bob jest jedynym, który się tym nie przejmuje, bo odkąd Lolo stał się niejako rozumniejszy, wygłasza do niego całe epopeje. Najczęściej w stylu „Lolo, nie do buzi! Nie jedz tego! Idź tam!”. Chociaż są też zabawy w stylu „Pa,pa, Lolo, idę do pracy” czy „Dzień dobry, sprzedaję lody, chcesz bibiciowe???”

I niby mężczyźni są małomówni. Każdy, kto tak twierdzi, niech zajrzy w naszą dżunglę. I najlepiej od razu zaopatrzy się w zatyczki do uszu.

Z ciekawostek dnia i nocy, w ramach powrotu do żywych, wybrałam się w zeszły czwartek na zakupy. Takie dla przyjemności. A tak naprawdę musiałam kupić jakieś buty, bo poprzednie rozwaliły mi się po miesiącu.

Na miejsce dotarłam bez przygód, zaparkowałam bez problemu, dojechałam o czasie.

Ha! I już od razu powinnam była wyczuć, że jest ZBYT NORMALNIE! Ale to chyba moja intuicja mnie zawiodła ućpana po brzegi serotoniną.

No więc wchodzę ci ja do galerii („Hihi, coś ty…handlowej, kretynko głupia!”), staję na ruchomej podłodze (bo schodów tam nie było, powierzchnia zupełnie płaska, acz jadąca w dół) i nagle widzę moje stopy na wysokości twarzy.

Bosz. Moje śliskie buty nie wytrzymały presji, podcięło mi nogi i wygrzmociłam się kuprem o ziemię. Tak z całej siły.

Zebrałam się do pionu w ułamku sekundy ignorując ból, który sprawił, że zrobiło mi się gorąco i niejako niedobrze, ale MUSIAŁAM się rozejrzeć, czy ktoś widział.

Za mną nie było nikogo, ale ci jadący pod górę pewnie zauważyli, że ktoś sobie stoi i nagle MYK! Znika.

Kiedy bielmo zeszło mi z oczu, przez następne pół godziny prawie przygryzałam policzek, bo tak strasznie chciało mi się śmiać, że normalnie nie mogłam wytrzymać. Już miałam plan, że wyciągnę telefon i niby śmieję się, bo z kimś rozmawiam, ale jakoś udało mi się opanować.

Tak więc na skoczka narciarskiego się nie nadaję, lądowania telemarkiem nie opanowałam, przez resztę czasu korzystałam z windy.

Poza tym Dziubas znalazł niedaleko nas pierogarnię, więc na pewno już będę gruba, bo uzależniłam się od pierogów z truskawkami. Widzą nas tam co drugi dzień, więc albo wyrobią nam kartę stałego klienta, albo wystraszą się i przeniosą w inne miejsce. Ewentualnie zejdę z przedawkowania glutenu. I truskawek. Już trudno, podobno na coś umrzeć trzeba.

Myślę, że obsługa zapamiętała nas już na zawsze po ostatnim wyjściu z lokalu. Ja stoję w drzwiach, trzymam Boba za rękę, a zadowolony Dziubas dzierży w dłoniach zapas pierogów na wynos i woła z uśmiechem, że dziękuję i że do widzenia.

– Dziubas… – Sprowadzam go na ziemię z tego Everestu doznań.

Dziubas patrzy na mnie. Patrzy. Zastanawia się.

Wskazuję podbródkiem stolik, przy którym w foteliku samochodowym chrapie Lolo.

– Jeszcze drugie dziecko.

– A.

Badum-tsss!

PS. Czy ta pogoda kiedykolwiek się zmieni?! Bo wyniosłam już na górę zimowe ciuchy!

PPS. TĘSKNIŁAM! Dziękuję Wam za wsparcie 🙂

Wyznanie

Kochani,

Postanowiłam napisać tą notkę, żebyście wiedzieli co tak naprawdę u mnie się dzieje.

Z wyczerpania, braku snu i pewnie też przy „pomocy” szalejącej tarczycy mam depresję poporodową. Z bonusem w postaci nerwicy lękowej i ataków paniki.

Dziś jest dopiero drugi dzień z antydepresantem, który zadziała dopiero za 2-3 tygodnie. Póki co przeżywam koszmar. Wszystkim nam jest bardzo ciężko, a ja nie nadaję się do niczego. Najchętniej leżałabym i płakała albo wpadała w histerię.

Piszę to, bo staliśmy się gronem, które dzieli się ze sobą wszystkim. Bo jesteście dla mnie wparciem, którego teraz ogromnie potrzebuję.

Z jednej strony wiem, że moja normalna codzienność jest na wyciągnięcie ręki, ale coś wpędza mnie w histerię i boję się, że z niczym sobie nie poradzę. Chociaż racjonalnie wiem, że to nieprawda, ale trudno tu o racjonalność…

Bądźcie. Ja też będę od czasu do czasu się odzywać.

Kapciem po mapie

Ostatnie trzy tygodnie zlały się w jeden długi dzień biegania między jednym a drugim Paszczakiem, padania na pysk po 20-stej i wyglądania zza szyby na świat zewnętrzny.

Wreszcie przyszła TA sobota. Moja. Jedna, jedyna i wymarzona, czyli przepustka na wolność. Plany snułam ogromne i kolorowe, w moich wizjach widziałam siebie w pięciu miejscach naraz a czas nigdy się nie kończył. Ostatecznie postanowiłam odwiedzić jeden z oddziałów muzeum a po drodze skoczyć do obuwniczego po pantofle. Otóż moje dokonały żywota już dobrych kilka miesięcy temu i od tej pory człapię po domu w basenowych klapkach Dziubasa. Za dużych o jakieś 5 numerów. Dopóki nikt tego nie widzi, jest w porządku. Gorzej, jak zapomnę i witam listonoszkę w tych rakietach śniegowych.

Wsiadłam w Szprota, odetchnęłam przedwiosennym powietrzem i wcisnęłam gaz do dechy. Słonko świeciło, ptaki śpiewały, radio nie grało. Bo Dziubas znalazł sobie jakąś nową stację i nie pozwolił nic dotykać, żeby mu nie zepsuć.

Już w pierwszych dwóch obuwniczych okazało się, że pantofli nie ma, a z reszty butów (bo przy okazji rozglądałam się za jakimiś przejściowymi) zostały jedynie śniegowce albo balerinki. Reszta półek świeciła pustkami, bo najwyraźniej trafiłam na jakąś sezonową wymianę.

Postanowiłam nie tracić nadziei i podjechać w jeszcze jedno miejsce – do tych samych sklepów, ale w innej dzielnicy miasta. Bo tam na pewno mają to, czego szukam.

Z kolejnej galerii handlowej podminowana ruszyłam dalej, dalej i DALEJ przed siebie! Pędziłam przed siebie, zmieniałam pasy, włączałam kierunkowskazy i bawiłam się przy tym tak świetnie, że o boże.

Stanęło na tym, że objechałam wszystkie obrzeża miasta i nie kupiłam niczego. W drodze do domu przypomniałam sobie, że w sumie mam na strychu takie buty przejściowe z zeszłego roku.

Z planów muzealnych nic nie wyszło, bo brakło mi czasu i siły, więc lekki niedosyt pozostał.

Leżąc wieczorem w łóżku, Dziubas słucha ze zdziwieniem w oczach moich opowieści z trasy a puentę odnośnie braku nowych kapci kwituje głębokim westchnieniem. Na koniec rzuca:

– Dziobas…trzeba było iść do muzeum…

– Wiem… – zaczynam tonem pełnym wyrzutów sumienia, ale Dziubas kontynuuje swoją wypowiedź.

– …Przywiozłabyś sobie od nich pantofle.

Bosz. No NIC nie myślę, NIC A NIC.

Rytuały porządkowe

W ciągu minonego tygodnia okopaliśmy się znów w domu w związku z katarem mniejszym bądź większym i obserwujemy wiosnę od środka.

A skoro wiosna, to wiosenne porządki, prawda? Zaczęłam fantazjować o myciu wszystkiego, odkurzaniu i wyrzucaniu sterty niepotrzebnych rzeczy. Bo minimalizm w domowych sprzętach cenię bardzo. Chociaż wyrzuciłam już chyba wszystko, co się do tego nadawało, ale w moich wizjach ta jest właśnie ukochana – pozbywanie się rupieci.

Oczywiście na co dzień mam tyle sprzątania na bieżąco, że od kilku dobrych miesięcy nie dotarłam tam, gdzie mi się marzy, a w związku z tym, jednym okiem obserwuję „Sprzątanie z Marie Kondo” na Netflixie. Oczywiście towarzyszą temu zrezygnowane spojrzenia Dziubasa, bo on takich programów nie uznaje i w ogóle uważa je za rozrywkę dla starszych pań. Zdecydowałam, że nie przyznam się w takim razie do mojej listy oczekujących pozycji na merlinie, w których 99% to poradniki jak sprzątać, jak wyrzucać i porządkować.

Nie mogę wyjść z podziwu jak ludzie są w stanie nagromadzić tyle śmieci. Matko, duszę się już od samego oglądania! Jak to możliwe, żeby jedna osoba miała tyle ciuchów, że sterta, którą z nich układa, przewyższa ją jakieś dwa razy?!

Ja rozumiem – kobiety lubią zakupy, ubrania, kolekcje, modę itd. ale na jakiego grzyba byłoby mi 15 płaszczyków?! GDZIE miałabym w tym chodzić?! Tak, też lubię dobrze się ubrać, ale na litość – ubrania się jednak zużywają, tak? Ewentualnie – w moim przypadu – w część ubrań już się nie zmieszczę. Stąd w ciąży kupiłam dosłownie 5 rzeczy w najtańszych sieciówkach, bo to na chwilę. Naprawdę nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że otwieram taką zagraconą szafę i wzdycham do niej dniami i nocami. Swoją drogą, ubrania, których już nie noszę, zawsze znajdują kolejnych właścicieli, więc nigdy ich nie gromadzę.

Albo 20 torebek czy 57845839 par butów. Sama lubię buty, ale żeby aż tak? Swoich mam może 5 par…

Pomijam już te schowki, dziecięce pokoje zagracone milionem rzeczy, chociaż dzieci wyprowadziły się 10 lat temu i w nosie mają swoje „pamiątki”. Albo – mój największy koszmar – biuro zawalone stertami kartek. Bo papierów nie znoszę porządkować i nigdy nie umiem zdecydować które należy zachować. Jakkolwiek, kiedy już trafią do swojej teczki, jest w nich niemiecki porządek do przesady.

Sama Marie, która jest filigranową Japoneczką, urzekła mnie do tego stopnia, że chcę żeby u nas zamieszkała i w wolnym czasie układała ze mną ścierki w szufladzie.

Jest natomiast jedna rzecz w jej rytuale sprzątania, której zupełnie nie rozumiem (No dobra, przywitania domu też nie ogarniam, ale to już inna historia). Chodzi tu o dziękowanie ubraniom, których chcemy się pozbyć za to, że dobrze nam służyły.

Pffff. No co jak co, ale nie wyobrażam sobie przytulać się pełna wdzięczności do spodni, w które już nigdy się nie zmieszczę. Albo do kiecki, w której kiedyś wyglądałam jak żyleta, a teraz nie wsadzę w nią nawet jednej nogi. I ja mam jej DZIĘKOWAĆ? No błagam Was. Odkładając ją do wora mam ochotę dać jej w pysk, kłócę się z nią i mam w stosunku do niej same agresywne odczucia. Trzasnęłabym jej drzwiami przed nosem gdybym tylko mogła.

A z innych telewizyjnych rewelacji, zaczęłam oglądać jakiś nudny jak flaki z olejem serial. Tylko dlatego, że rozgrywa się w pięknej scenerii (kręcą to na jakiejś kanadyjskiej wyspie) nad wielką wodą. W „Grace i Frankie” największe wrażenie robił na mnie ocean. Jak nic jestem ODWODNIONA.

Idę na kawę.