How long, how long will I slide…?

Dzisiejszy poranek emanował pozytywną energią.

Zacznijmy od tego, że zaspaliśmy. Obudziliśmy się o 7.30. Bajka! Wszyscy wyspani, zadowoleni, dzieci nie marudzą, Dziubas smaży naleśniki.

Za oknem prószy pierwszy tej zimy śnieżek. Jest pięknie, magicznie, nastrojowo i czuję nareszcie, że mamy grudzień i do Świąt już niedaleko.

Biały puch stopniowo pokrywa trawy, drzewa, osiada na moich tujach i skalniaku. Cudne, bielutkie płatki. Każdy inny. Pada równomiernie tworząc z drogi białą ścieżkę, w sam raz dla sań Królowej Śniegu albo zaprzęgu reniferów Mikołaja.

Piękno samo w sobie. Zimne okruchy. Zlodowaciałe cząsteczki lśniące w zimowym powietrzu.

Pieprzony śnieg! – Pomyślałam 1,5 godziny później siedząc w aucie, które niewinnie przycupnęło w rowie i drzemało pod krzaczkami pod kątem 45 stopni.

Bosz, jadąc 20 na godzinę i tak zarzuciło mi zadem na zakręcie i po raz drugi w ciągu ostatnich dwóch tygodni wpadłam w poślizg.

Całe szczęście, że tempo miałam żółwie i delikatnie oparliśmy się na rzędzie jałowców sąsiada.

Dziubas zawrócił, wezwał pomoc drogową i panowie wyciągnęli nas z tego rynsztoka.

Ani Lolowi, ani mnie, ani autku nic się nie stało. Ale do domu wróciłam Szprotem i już nigdzie nie wychyliłam nosa z domu.

Popołudniu Lolo postanowił skoczyć na główkę z kanapy, więc o nudzie nie było mowy.

Przepraszam bardzo ale może już wystarczy?!

W ciągu ostatnich kilku tygodni spadły na nas wszelkie plagi egipskie. I nawet takie plagi kiedyś miały swój koniec, więc życzę sobie zakończenia tych przygód!

Idę zawinąć się w kokon. Może tak doczekam wiosny…

Człowiek człowiekowi kurierem

Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy ma ochotę przywalić łbem w ścianę.

Najlepiej kilka razy pod rząd.

Owszem, ja rozumiem, że tempo życia jest coraz szybsze. Że generalnie jesteśmy pokoleniem X (Y? Z? Czy po „Z” będziemy zaczynać znów od „A”?), zawsze znerwicowanym i zabieganym. Że maile, telefony, internety i wieczne spóźnienie i roztargnienie.

Ale błagam. B Ł A G A M.

Chyba są pewne granice, prawda? PRAWDA?!

Na początku tego tygodnia zamówiłam coś przez internet. Rzecz ową miała mi dostarczyć firma kurierska – nazwana na potrzebę tej notki – DDT. Wiadomo o co chodzi.

Firma, którą znam od lat. Która zawsze była na czas. Ba, firma, w której miałam swojego pana kuriera. Zawsze tego samego. Przywożącego mi paczki od trzech lat. Ostatnią może z miesiąc temu.

Otóż nagle owa firma zapomniała gdzie mieszkam.

W okolicach wtorku dostałam telefon od kuriera (Innego niż Mój Pan!) z prośbą o wytłumaczenie jak do nas dotrzeć. Wyjaśniłam, spokojnie jak zawsze, a pan podziękował.

I tyle go widzieli.

Nie zadzwonił, nie przyjechał, zaginął w akcji.

Gdyby to była randka, zostałabym wystawiona.

Na drugi dzień zadzwonił do mnie jakiś szef wszystkich szefów informując mnie, że MAMY PROBLEM (Boszsz…), bo przekazano mu, że pod tym adresem nie mieszka ktoś taki jak Dziubasowa.

Luz. Czyli albo cierpię na alzheimera, albo właśnie się przeprowadziłam i zapomniałam zdać sobie z tego sprawę.

Po długim dialogu, podczas którego pan niby chciał pomóc, ale w sumie to akurat był na wakacjach (No nie powiem, zazdroszczę wakacji w listopadzie…), otrzymałam kolejny telefon. Tym razem z infolinii firmy.

Miła pani stwierdziła, że w namiarach podałam dwa adresy (Dwa! A więc mieszkam w dwóch miejscach naraz! Kto zabroni bogatemu?!), o których nigdy wcześniej oczywiście nie słyszałam.

Podczas tej jakże produktywnej rozmowy kilka razy posiwiałam, zniszczyłam sobie zgryz od zgrzytania zębami, a także zrobiły mi się nowe zmarszczki mimiczne wokół ust i oczu.

Paczka ostatecznie dotarła dzisiaj. Do sąsiadki z naprzeciwka.

Jutro oczekujemy nadejścia odkurzacza. Dostarczyć ma go, jak właśnie przeczytałam w mailu sprzed kilku minut, firma DDT.

Zastanawiam się w takim razie kto z moich sąsiadów go wylosuje.

Chyba skorzystam z rady Szalikowej i wywieszę na wiejskiej tablicy ogłoszeń plakat z napisem „Jeśli dostałeś odkurzacz- jest mój, zanieś go pod ten i ten adres”. Przykleję go gdzieś między ulotką o sprzedaży drobiu, zawiadomieniu o przerwie w dostawie prądu, rozpłodowych buhajach na dowóz do klienta i ostrzeżeniu o wściekliźnie.

Boszszszszsz………………………..

Babcia na jabłoni

Moja mama ostatnio przechodzi samą siebie pod względem działania z zaskoczenia. Zastanawiam się z jakiej przyczyny nastąpiło nasilenie tego zjawiska. Chociaż postępowanie matek należy do największych zagadek ludzkości, więc dla świętego spokoju uznam to za rzecz powiązaną ze zjawiskiem El Nino albo trzepotaniem skrzydeł motyla na drugiej półkuli.

W ostatni wtorek, kiedy Lolo był jeszcze w szpitalu, zmieniliśmy się z Dziubasem na warcie. On został na oddziale, a ja przyjechałam do domu żeby się wykąpać, zjeść i w spokoju chwilę odpocząć. Czyli wiadomo – chwila z Netflixem.

Przy okazji idąc do auta z torbą wypchaną całym domem (bo już wiedziałam, że w tym dniu nas wypiszą, więc zebrałam tobołki), obeszłam szpital dookoła, żeby dostać się na parking. Pod koniec trasy natknęłam się na ogrodzenie, więc musiałam wrócić, wejść z powrotem do budynku, przejść go z jednego końca na drugi i dopiero nacieszyć się widokiem czekającego na mnie Szprota. WCALE się nie spociłam i nie zmachałam. Dodam, że cała wędrówka zajęła jedyne 20 minut.

W domu okazało się, że ciśnienie wody jest jakieś kiepskie, a pokrętła chyba nikt nie ruszał. Zadzwoniłam do Dziubasa, czy zakręcił z jakiegoś powodu wodę przed wyjściem. Nie zakręcił. Kąpałam się pod ciurkającym prysznicem, oblewając się z góry na dół wodą, którą łapałam pół godziny w łódeczkę z dłoni. Ależ ja w ogóle nie przeklinałam. A nie zmarzłam przy tym nic a nic!

Rozłożyłam się w końcu na kanapie, jem spokojnie kanapkę, aż tu nagle dzwoni telefon. Moja mama.

– Widzisz mnie?! – Zaczyna mama od razu, prosto z mostu.

Dębieję. Najpierw wodzę oczami po pokoju. Od lewej do prawej. Nic. Stan mamy w pomieszczeniu: zero absolutne.

– …Co? – Odpowiadam zupełnie zbita z tropu.

– No jestem tu, widzisz mnie?! – Powtarza mama, nadal nie zniechęcona tą świetną zabawą w chowanego z zaskoczenia.

– Ale gdzie jesteś??? – Pytam, wyglądając za jedno okno, potem za drugie, chociaż nie wiem skąd miałaby się wziąć za tym drugim. Musiałaby przeskoczyć ogrodzenie. Z rozpędu. O tyczce.

– No T U T A J! – Odpowiada mama zadowolonym głosem.

Dobra. Teraz to już nie wiem. Poddaję się.

– Ale G D Z I E „tutaj”?!

– No TU, od strony SORu, macham Ci!

Bosz. Pojechała do szpitala, bo nie miała pojęcia, że wybieram się do domu. Oczywiście to dlatego, że nie czekała na umówiony sygnał – miałam dać znać popołudniu czy wychodzimy, czy z jakiegoś powodu jeszcze chcą nas zatrzymać.

Sytuacja numer dwa. Również z zeszłego tygodnia.

Mama miała wpaść do nas jak zwykle, o 11-tej. Kiedy wybiła 10-ta i Lolowi zaczęły plątać się nogi, położyłam go do spania i zasiadłam przed laptopem (próbując zresztą napisać notkę, ale już nieważne…). Bobowi, który akurat tego dnia nie poszedł do przedszkola, puściłam Psi Patrol i zaczynam się relaksować.

Po 10-15 minutach przypomniało mi się, że nie zrobiłam sobie herbaty, a zagotowana wcześniej woda już zdążyła wystygnąć. Podchodzę więc do czajnika, wyciągam kubek, mówię coś do Boba a tam za oknem MAMA.

Chyba mam kompletny opad szczeny, bo na chwilę zastygam w bezruchu. Mama. Godzinę wcześniej. O dziesiątej, nie o jedenastej. Skacze i macha, macha i skacze.

Ja nic.

STOJĘ.

W tym cały szoku, zamiast od razu otworzyć jej bramę, dzwonię do niej na komórkę.

Luz.

Jednak to chyba nie takie dziwne, bo mama ODBIERA.

– Stoję tu już chyba z dziesięć minut!

– Ale…jak to…? Skąd…? – Nie mogę wydusić z siebie słowa. No szok jak nic.

– Otworzysz mi?? – Pyta mama.

W końcu się ruszam, otwieram bramę, a mama, rozczochrana i zdyszana wylewa z siebie potok słów:

– Nie chciałam dzwonić na komórkę ani do bramki, bo pomyślałam, że Lolo pewnie śpi, więc zaglądam do domu! – Boszszszsz……. – No i tak zaglądam, z jednej strony, z drugiej, widzę, że siedzisz i nic! No to wołam, skaczę, macham, nawet RZUCAM W OKNO KAMYCZKAMI a Ty dalej nie słyszysz!

Chyba się starzeję. Jak słowo daję. Normalnie czuję się już jakoś zwyczajnie ZA STARA na takie wyskoki. Chyba czeka nas poważna rozmowa. Jak matka z córką…Tylko w drugą stronę 😉

Trzy-nas-tego! – U Dziubasów jest codzieeeń!

Przez ostatni miesiąc życie przyspieszyło o jakąś wartość, która nie śniła się filozofom ani fizjologom. Ani też fizykom – bo jak już wszystko na literę F, to konsekwentnie, do samego końca.

Tydzień, który rozpoczął się, jak to ma w zwyczaju, poniedziałkiem, należy chyba do jakiegoś apogeum czarnych proroctw, armageddonu i zaczynam poważnie myśleć, że oto nadchodzi koniec, upadnie wielki Babilon i Latający Potwór Spaghetti wchłonie naszą planetę w jakąś czarną dziurę.

Otóż w poniedziałek wyszłam z domu z Lolem na krótką konsultację z pediatrą, a kilka godzin później doznałam szoku, kiedy, już na sorze, okazało się, że potrzebna jest natychmiastowa operacja.

Pozwolicie, że ze względu na prywatność Lola, nie będę się wdawać w szczegóły i pisać co dokładnie się stało. Najważniejsze, że mamy to już za sobą, Lolo czuje się świetnie i zapominamy o tym całym szaleństwie, które nastąpiło.

Z koparą na ziemi, kiedy odwozili go na blok operacyjny, miałam ochotę wyrywać sobie włosy z głowy. Dziubas chodził w kółko. Moja mama patrzyła przed siebie w jeden punkt. Godzina dwadzieścia, która minęła, zanim lekarki przyszły nam powiedzieć, że wszystko ok, zleciała gdzieś poza moją świadomością. Następne dwie i pół, zanim się wybudził, wlokły się w nieskończoność.

Przespał się jeszcze kilka godzin, a o 21.00 nastąpiło ożywienie. Lolo, ledwo odłączony od kroplówki i jeszcze zachrypnięty od intubowania, postanowił pobiegać po całym szpitalu jak szalony. Bosz, nie wiem, ale chyba był na jakimś haju po lekach.

Z niedowierzaniem, mokra od potu, latałam za nim po korytarzu, ku uciesze pań pielęgniarek. Zasnął w końcu o 23.00 a ja padłam na rozkładany fotel obok jego łóżeczka i spaliśmy do rana.

Dziś, w czwartek, nadal jestem jakaś wymęczona i zaczynam się zastanawiać czy to nie był sen. Normalnie nie mogę się jakoś zregenerować, wszystko mnie boli i rano nie mogę się dobudzić.

Całe szczęście, że ten poniedziałek już za nami. Jeden z najgorszych poniedziałków w historii. Lolo trafił na stół operacyjny. Bliska mi osoba straciła ciążę. Dziecko kolejnej przyniosło z przedszkola wszy. Nie zdziwię się, jeśli w tym samym dniu wybuchł jakiś wulkan, wyginęło małe państwo albo populacja rzadkiego gatunku.

Że też Wszechświat nie implodował, doprawdy.

Jutro natomiast piątek. Cały spędzony w domu z dwoma Paszczakami, bo Lolo zaziębiony po tym całym szpitalu, Bob przeszedł jakąś niewielką formę grypy żołądkowej, a ja jestem spóźniona ze wszystkim. Na kurs zgłaszam nieprzygotowanie, podłogi mi się zaczynają kleić i przegapiłam wywózkę wielkogabarytowych śmieci, żeby w końcu pozbyć się tego zapyziałego stolika z Ikei zalegającego w śmietniku od sierpnia.

Brakuje mi energii jak nic – chyba zatrudnię się jako testerka napojów energetycznych…

Do usłyszenia – oby – niebawem!

Masz babo pasztet!

Dziubas właśnie zabrał się za robienie pasztetu. Teraz. O 20:43 czasu…no, naszego. Polskiego w sensie.

Bo zostało nam jakieś 657468 kilogramów mięsa z pieczonej kury, którą kupiła nam moja Mame. Kura owa piekła się wczoraj zaledwie trzy godziny. Kurczątko. Normalnie spasiony indor by się masy nie powstydził. Filety takie, że ho, ho! Pewnie wszystkie koguty piały na jej widok.

Wieczór zapakował do samochodu Boba i stwierdził, że jedzie po boczek i PODROBY.

Teraz mała dygresja: Każdy, kto mnie zna, wie, że nie tknę podrobów kijem. Normalnie nie mogę sobie wyobrazić jak ludzie mogą jeść te wszystkie nerki, płucka, móżdżki i tą całą resztę. Myśląc o takich rzeczach jak ozorki albo nawet flaczki, żołądek podchodzi mi do gardła i nie chce wrócić na dół, do siebie.

Dziubas po powrocie ze sklepu oznajmił, że wątróbki nie było, ale za to kupił żołądki.

Ok. Nastawiłam się psychicznie, że w mojej kuchni w worku leżą te wnętrzności. Omijałam blat jak tylko mogłam.

Niestety, dotarło do mnie właśnie to, że Dziubas na ten pasztet będzie je gotował.

Powiedziałam mu przerażona o moim odkryciu. Pokiwał z politowaniem głową i zapytał, czy lubię pasztet.

Odpowiedziałam logicznie – że nie ma to nic do rzeczy.

Kiedy zaczął wymieniać co w takich pasztecikach, które wcinam, siedzi, postąpiłam tak, jak postąbiłby każdy na moim miejscu: zatkałam uszy, zaczęłam głośno krzyczeć LALALALALA i uciekłam.

Bosz. A teraz to się tam gotuje. W mojej kuchni. W moim garnku.

Jak nic będę musiała już po fakcie to wszystko zlać z góry na dół domestosem…

EDIT: Właśnie zadzwoniła Kitty. Dla niewtajemniczonych – mama Dziubasa. Po kilkuminutowej rozmowie przez telefon Dziubas powiedział mi, że wszystko spoko, ale żołądki do pasztetu to nie bardzo. Boszszszszsz…………….