Bez kitu!

Jak już zrobisz zakupy, to podejdź jeszcze do Obi po kit i jakiś preparat do usuwania silikonu – poprosił Dziubas.

Moja intuicja chyba zaspała, albo zatkał ją katar i nie mogła mnie ostrzec. Ba! Nawet mnie zmyliła! Otóż wyobraziłam sobie, że kiedy wejdę w podwoje tego sklepu, biedna i osamotniona, pracownicy rzucą mi się na pomoc.

Boszsz…ja naprawdę już chyba nigdy nie zmądrzeję.

Nie wiem, może zachłysnęłam się wyjściem z domu po tygodniu i haj tlenowy wprawił mnie w taki fantastyczny nastrój? Może stąd pojawiła się u mnie taka pewność siebie i optymizm nie z tej ziemi? Zjadłam coś na śniadanie? Coś wypiłam? Zaciągnęłam się oparami perfum przed wyjściem z domu?

Rzeczywistość brutalnie sprowadziła mnie na ziemię…

Początkowo postanowiłam poszukać tych rzeczy sama. W końcu to nie mój pierwszy raz w markecie budowlanym! Dzięki Dziubasowi znam zakamarki niedostępne pierwszemu lepszemu klientowi! Widziałam produkty, o jakich nie śniło się niektórym mężczyznom! Znam się już na pewno na wszystkim i wiem, gdzie to znaleźć!

Po jakichś pięciu minutach musiałam najpierw ściągnąć szalik i płaszcz, bo Obi najwyraźniej postanowiło podkręcić ogrzewanie do stopnia „Hawajskie tropiki”. Spociłam się od tego latania między regałami jak mysz, zdyszałam i zmachałam.

Doszłam do wniosku, że nadszedł czas roztoczyć swój niewieści wdzięk i poprosić o pomoc pana z działu „płytki”, za którego plecami jeszcze chwilę temu buszowałam w 78674390 rodzajach silikonu i tylko jednego usuwacza za jedyne 33 złote. (Mać! TRZYDZIEŚCI TRZY ZŁOTE! Za tą cenę preparat powinien zeskrobać mi stary silikon, położyć nowy, posprzątać łazienkę i wynieść śmieci!)

Na moje pytanie o inne tego typu środki pan robi wielkie oczy i sugestywnie wywija dolną wargę kręcąc głową przecząco. Mają tylko to.

Na moje drugie pytanie o kit wywija wargę jeszcze bardziej (Jeszcze? To możliwe? Za chwilę, jak zapomni zrolować ją z powrotem, na pewno na nią nadepnie…) i odsyła mnie na sanitarny, bo „Tam mają tego pełno!”.

Wracam na sanitarny (bo oczywiście stamtąd przychodzę) i jeszcze raz oglądam półki. Jest pasta uszczelniająca, taśma teflonowa (teflonowa, znaczy nie można po niej skrobać nożem…) i sznury konopii (to legalne?).

Decyduję się (na bramkę numer dwa) pójść o krok dalej.

Docieram na podłogi i drzwi. Pytam pana o kit. Pan w odpowiedzi zadaje pytanie (boszszsz…U-WIEL-BIAM takie klimaty!) czy NA PEWNO NIE SILIKON?

Tym razem ja wywalam gały na wierzch i tłumaczę po co mi to. Pan odpowiada, że w takim razie NA PEWNO musi być silikon, a kit, jakby co, mają na regale w alejce numer dziesięć.

Człapię do dziesiątki. Jest kit. DO PARKIETU. No tak, czego się spodziewałam na podłogach?

Decyduję się na koło ratunkowe –  dzwonię do Dziubasa grożąc, że za chwilę powieszę się w jednej z kabin prysznicowych na konopnym sznurze. Dziubas uspokaja mnie i każe zapytać kogoś innego.

Trafiam na miłego pana w średnim wieku, który rozładowuje coś z palet. Pan przedstawia mi rodzaje kitów i ich kolory (Kolory! W tym akurat jestem dobra!) Oboje dochodzimy do wniosku, że chcę taki szary. Pan mówi, że sklep chyba w ogóle tym nie dysponuje.

Robi mi się słabo i lekko niedobrze, wciskam płaszcz do za małego koszyka i sapię.

Miły pan dzwoni do sanitarnego, po czym zaczepia jednego z pracowników i zadaje mu pytanie o mój kit.

– A komu chce pani ten kit wcisnąć?! – Rzuca oczywistym sucharem pan i cieszy się ze swojego tekstu niezmiernie.

– Mężowi – odpowiadam, chociaż nie chcę grać w tej scence.

Pan odpowiada jakimś długim niewyraźnym zdaniem, z którego na samym końcu dociera do mnie tylko „…Z doświadczenia!”

Zapada cisza. Pan zaprasza mnie za sobą.

Idę, idę, idę. Gdzieś daleko. Może wychodzimy ze sklepu? Do tego innego, który tymi kitami dysponuje?

Pan mówi – jak na mój gust o wiele za dużo. Nagle pyta po co mi to. Odpowiadam. Najwyraźniej nie w sposób go zadowalający, bo odpowiada mi, stając nagle w miejscu, że on o takim kicie W OGÓLE PIERWSZE SŁYSZY.

Na tym etapie nie wiem już, czy to jakiś chory żart czy Obi wylosowało mnie dziś jako klientkę idealnie pasującą do jakiegoś „Mamy Cię”.

Żeby podnieść mnie na duchu odpowiada, że na takie coś to TYLKO SILIKON!

Boszsz…już wiem, że nie pokaże mi tego magicznego miejsca, w którym te kity trzymają a sama nigdy ich nie znajdę. Może to za karę? Może widzieli, jak macałam ich miękkie poduszki na wyposażeniu wnętrz? Może za bardzo kiedyś wydziwiałam na kwiatkach?

Pan doprowadza mnie do sanitarnego (ZNOWU! Ten sklep to pętla! Zapętliłam się i już nigdy nie wrócę do domu, chyba, że kupię jakiś kibel!) i zamiast kitu daje mi do ręki czarną okrągłą uszczelkę.

Kopara opada mi do kolan. Odpowiadam uprzejmie, że dziękuję, ale szukam KITU! Na co on pobłażliwie odpowiada, żebym się zastanowiła i zadzwoniła do męża.

O nie, tego już za wiele!

Łapię go, kiedy ode mnie ucieka i proszę chociaż, żeby mi doradził, co się stosuje na zbyt szerokie szpary w fugach. Oj, bo dom nam siadł i między ścianą a podłogą mamy centymetrową przerwę. Fajnie byłoby coś tam wsadzić, a dopiero na to coś nałożyć fugę.

Pan znowu oprowadza mnie po całym sklepie, aż nareszcie zatrzymuje się na wannach (Może sugeruje mi, żebym wzięła kąpiel – w końcu od tego latania w upale muszę nieźle śmierdzieć…) i wręcza mi białą taśmę klejącą szerokości mniej-więcej dziesięciu centymetrów.

– Ale…tak na zewnątrz? Mam sobie skleić ścianę z podłogą? Przecież to będzie widać! – Wołam z rozpaczą i niedowierzaniem.

– Jedyne co mi przyszło do głowy!  Klienci to biorą jak mają za dużą szparę między ścianą a wanną! – Broni się pan, najwyraźniej oburzony moją nieznajomością tematu.

Do domu wróciłam z usuwaczem silikonu za 33 złote, poważnym odwodnieniem i kompletnym brakiem wiary w istnienie rozumu ludzkiego. Do marketów budowalnych tej sieci zraziłam się trwale i nieodwołalnie. Już nigdy więcej tam nie pójdę! Nawet jak mi się silikon skończy!

Reklamy

Wiosenne obowiązki

Dziś dotarło do mnie, że jest luty. Wpadło mi to do głowy w chwili pomiędzy noszeniem Boba a noszeniem Boba. (Wygląda na to, że jakoś się oboje kurujemy ale w męczarniach okrutnych).

A po lutym jest marzec – kolejna światła myśl. Wyjątkowo odkrywcza, ale zrzucam to na karb niewyspania i zatkania mózgoczaszki katarem.

Marzec. Halo! Czyli wiosna, tak?

A ja taka zapuszczona we wszystkim, co tylko możliwe!

1 – Muszę podciąć włosy. Odkąd B. zaszła w ciążę bez uprzedniej konsultacji ze mną, zostałyśmy z Dziką na lodzie (tak, wiem, pisałam już o tym, ale dobrej fryzjerki szukałam praktycznie 30 lat, więc JEST to dla mnie big deal!). Dzika odważyła się na wizytę u jakiejś dziewczyny z tego salonu, ale super zadowolona nie była. Zostaje nam łysy kark, do którego (o dziwo) chodzi dużo kobiet. Tylko tak jakby trochę się boimy, że ogoli nas – a jakże – na łyso a jak nie będzie się nam podobało, to zapyta czy mamy jakiś problem. No i wiadomo. Stanęło na tym, że któraś z nas musi do niego pójść jako pierwsza. Chyba będziemy losować.

2- Muszę wrócić do ćwiczeń, bo ledwo zaczęłam, a już mam przerwę chorobową. Oczywiście po czeterech dniach męczarni z Ewką akurat odezwały mi się wszystkie mięśnie, dzięki czemu oprócz stanu ogólnego rozbicia miałam dodatkowy bonus w postaci bólu całego ciała. Aktualnie zjadłam pączka i kilka czekoladowych ciastek. Chociaż miałam nie jeść słodkiego, żeby podkoszulek na wiosnę nie opinał mi rejonu brzucha. A wiosna tuż-tuż, jak się okazuje. Boszsz…

3 – Muszę kupić moskitiery – takie zwykłe, przyklejane na taśmę. Bo kiedy tylko zrobi się ciepło, w mieszkaniu zaroi mi się od owadów. Nie przesadzam – zabiłam kilka śniętych much w styczniu. Wiem, o czym mówię. Wroga trzeba mieć na oku cały czas.

4 – Muszę zdobyć jakieś dwie rośliny, bo niewykorzystane doniczki rażą mnie w oczy. Po dwóch zdechlakach – jednego załatwił w pracy Dziubas (choć on twierdzi, że to przez klimatyzację), drugiego w domu zżarły nam mszyce. A raczej drugą – paprotkę. I chyba usycha mi palma po przesadzeniu. Już trudno. Najwyżej zacznę inwestować w sztuczne.

5 – Muszę zainwestować w olejek rycynowy, bo po zabawie z zalotką wyleciało mi pół rzęs.

6 – Muszę w końcu wywalić moją szarą torebkę, bo wygląda już jak wycieraczka. Ale jakoś tak mi żal, bo się przywiązałam i obiecałam sobie, że dociągnę z nią do końca zimy.

7 – Muszę w końcu jeść zdrowiej – a konkretnie więcej warzyw i sałatek. Jutro w planie naleśniki. Oj, bo na razie luty…

8 – Muszę zacząć biegać. Mam taką wizję, że wstaję o godzinę wcześniej, robię rundkę po wsi, wracam, biorę prysznic i rześka niczym majowy deszczyk z uśmiechem na ustach mam super energię przez cały dzień. To nic, że na codzień nie mogę wstać z łóżka, dopóki Dziubas nie wyciągnie mnie z niego siłą za nogę. Pomarzyć zawsze można…

9 – Muszę kupić balsam do ciała, bo mi się skończył. I smaruję się kremami do twarzy, które do twarzy akurat dobre nie są. I tusz do rzęs. I odżywkę do włosów w spray`u…w ogóle muszę zrobić kosmetyczne zakupy i na samą myśl flaki wywracają mi się na drugą stronę.

10 – Muszę wrócić do książki Toma Hanksa, bo jestem dopiero na 73 stronie i chyba się od niej uzależniłam 🙂

PS. Długo jeszcze będzie tak zimno?

Poniedziałek w pełnej krasie

Całe szaleństwo zaczęło się w czwartek, kiedy Dziubas oznajmił, że jest chory i nie idzie do pracy.

Te, które przechodziły przez coś takiego, już wiedzą, co to oznacza.

Dodatkowe Bobo do głaskania, robienia herbatek, obiadków i pilnowania, żeby zażyło lekarstwa.

Tym razem Dziubas okazał się bardzo samodzielny (z racji tego, że to tylko przeziębienie) i nawet zajął się małym remontem. Nie zmienia to faktu, że leków -jak zwykle – nie brał żadnych i oczywiście – również jak zwykle – dziwił się, że niespecjalnie mu przechodzi.

W nocy z piątku na sobotę Bobo postanowił zmienić swój czas na letni i zapragnął wstać do zabawy o 4.30. Po tym, jak godzinę zajęło nam ułożenie go do snu, padłam nieprzytomnie pyskiem w pościel.

O 9.10 obudziła mnie cisza. DZIEWIĄTA DZIESIĘĆ! Jaki kosmos!

Dziubas stuka w klawiaturę na górze.

Wstaję i zaglądam do Boba. Śpi. A w zasadzie chrapie z rękami w górze. Dotykam czoła, sprawdzam oddech. Zdrowy, oddycha. Przez to chrapanie trudno zresztą nie zauważyć.

Po raz pierwszy od dwóch lat wstałam bez pośpiechu, ubrałam się, umyłam i wymalowałam. Ba, nawet zaczęłam szykować śniadanie, kiedy wstał. O 9.40.

Później nawet odebraliśmy auto od mechanika – tym razem nie gubiąc się po drodze. Do domu wróciliśmy z nieco lżejszym portelem, bo okazało się, że do wymiany w Dziubasowozie był cały próg. Nic dziwnego, skoro zaraz po pierwszym wizycie w warsztacie pan mechanik wziął do ręki wielki śrubokręt i zaczął wybijać nim w tym progu dziury na wylot. Ja, siedząc obok za kierownicą Szprota, zbierałam koparę z podłogi. Dziubas i mechanik nawet nie drgnęli. Faceci. Któż ich zrozumie?

Dzisiaj mamy poniedziałek, a ja wstałam z żyletkami w gardle i katarem. Bobo od czasu do czasu chyba kaszle. Temperatura wyjściowa na noc – 37,1.

Dziubas wstał żwawo pół godziny przed budzikiem, odśnieżył podjazd a teraz poszedł na basen.

Boszszsz…dopiero byłam chora! W grudniu! To niesprawiedliwe! Nie tak się umawiałam! Zgłaszam reklamację, piszę skargę i zażalenie!

Będę wnosić o odszkodowanie – najlepiej w postaci kartona pączków w najbliższy czwartek.

Tak w związku z tym, że od 1 lutego miałam nie opychać się słodkim i zaczęłam ćwiczyć z Chodakowską.

Na koniec dorzucę jeszcze Baba-ooo! Jak ostatnio mówi Bob i pójdę się zawinąć w kokon z kołderki.

Boszsz…niech mnie ktoś dobije!

Raport Pelikana

Nie mam siły, chcę spać, spać, a potem, kiedy wstanę, jeszcze trochę się przespać. Ostatni tydzień przeczołgał mnie fizycznie, odznaczył się brakiem dostatecznej ilości snu i obfitował w – jak zwykle – niezwykłe sploty okoliczności wywołujące u mnie psychozę.

A oto i krótka relacja z pobytu w wariatkowie:

ŚRODA

Spotykam się – po długim poście – z dziewczynami na mieście.

Już od kilku dni myślę o tym, że musi znaleźć się dla mnie jakieś miejsce na ulicy (jakkolwiek to zabrzmi) gdyż iż, będąc wspaniałym kierowcą od lat trzech, za chiny nie potrafię parkować na kopertę. (Tak swoją drogą kto to w ogóle tak nazwał?!) Oczywiście miejsca parkingowe w centrum składają się właśnie z takowych w 99% ale mam upatrzoną ulicę, na której jest dużo przestrzeni.

Docieram.

Nie ma gdzie wcisnąć szpilki.

Znaczy dla mnie nie ma – bo ja potrzebuję takiej dziury na trzy auta ,żeby się zmieścić.

Na głos odmawiam wszelkie znane mi modlitwy, jadę dookoła żeby zrobić kolejną rundkę. Przede mną akurat odjeżdża taksówka zwalniając mi miejsce ukośne!

Jest cudownie, chce mi się śpiewać, uiszczam opłatę w parkomacie i idę zadowolona przed siebie.

Nagle dociera do mnie, że jestem za wcześnie. O GODZINĘ.

Zupełnie nie wiem co ze sobą zrobić, bo nie umiem zachować się w takiej sytuacji. Plączę się tam i z powrotem, zaglądam do księgarni na książki do hiszpańskiego – jedna kosztuje 130 złotych. Robi mi się gorąco, więc wychodzę, spotykając po drodze mojego dawnego wykładowcę.

W restauracji wymuszam większy stolik, żeby było nam wygodnie i czekam na dziewczyny.

Towarzystwo wokół delikatnie zmanierowane, bo schabowe u nich mniejsze i droższe o 5zł niż dookoła, więc temperatura odczuwalna oscyluje w granicach Ę-Ą.

Dziewczyny docierają. Kelner myli zamówienia i wynagradza nam to darmowymi drinkami (oczywiście nie mogę, bo prowadzę…) i kawałkiem ciasta (oczywiście mogę, bo prowadzę!).

Jem najlepsze tagliatelle z krewetkami w moim życiu, chcę tam zamieszkać i owijać się tym makaronem codziennie!

Wychodzę w szampańskim nastroju, do domu wracam na rzęsach ze zmęczenia ale dobry humor nie opuszcza mnie do późnej nocy.

CZWARTEK

Jestem umówiona z G o 20.00 w kinie na drugim (a od nas nawet trzecim) końcu miasta.

Docieram do niego – standardowo – za wcześnie. Nigdzie ani śladu G. Przypomina mi się, że przed seansem miała zamiar zwrócić jakiś ciuch w galerii obok, więc decyduję się pójść tam i ją znaleźć.

O matko jedyna, cóż to była za okrutna decyzja!

W butiku oczywiście jej nie ma, czas leci a ja latam tam i z powrotem, bo NIE MOGĘ ZNALEŹĆ WYJŚCIA!

Tzn. mogę znaleźć, ale wszystkie nie są tym, którego szukam!

Robię trzecie okrążenie, makijaż zaczyna mi spływać, pot zalewa mnie strumieniami jak w zaawansowanej menopauzie i dostaję zadyszki.

Nareszcie znajduję swoje wyjście i oto nagle świeże powietrze smakuje tak cudownie, jakbym spędziła w zamknięciu jakieś pół roku. I jakby nie było w nim ani śladu smogu rzecz jasna.

Film jest fajny, kończy się późno, a ja na autopilocie wracam.

Na tym samym autopilocie hamuję dość późno i jadę na hamulcu (Tak, JADĘ na hamulcu), zbliżając się zdecydowanie zbyt szybko do tylnego zderzaka samochodu stojącego na światłach przede mną. Przed oczami przelatuje mi całe życie, w głowie już słyszę huk, myślę o tym czajniku, który w curlingu jedzie po lodzie i nagle świat zamiera.

Zatrzymuję się jakieś 5cm PRZED zderzakiem.

Oczywiście nie dowierzam w to zupełnie, ale dookoła nikt się nie gapi, nic nie huknęło, więc odjeżdżam w stronę domu już w stylu emeryckim.

PIĄTEK

Dziubas dzwoni o 13-tej, że wraca do domu, bo źle się poczuł po porannej sałatce. Cieszę się – że wraca, nie z tego, że źle się czuje – myśląc, że nie ma nic gorszego niż zdrowe jedzenie.

Po powrocie idzie na górę się zdrzemnąć. Na dole Bobo czyta, bawi się grzecznie, więc ja kładę się na kanapie z książką, cały czas na niego patrząc. Najwyraźniej zasypiam – zupełnie nie wiadomo kiedy – bo nagle budzi mnie dźwięk torsji. Otwieram oczy i mam nad sobą głowę Boba, który kaszle z taką pasją, jakby miał za chwilę zwymiotować. Całe szczęście nie robi tego. Ani na moją twarz, ani w ogóle nigdzie.

Do akcji wkracza Dziubas i pozwala mi się zdrzemnąć godzinkę. Za tę chwilę szczęścia przychodzi mi zapłacić przed 19-tą, kiedy zrywa się, żeby nagle umyć od góry do dołu całą łazienkę na piętrze.

Wynagradzam to sobie wieczorną sesją ze złuszczającymi skarpetami na nogach, nie robiąc zupełnie nic.

SOBOTA

Dziubas postanawia, że oddajemy Dziubasowóz do mechanika. W sensie, on poprowadzi nas do warsztatu znajdującego się kilka wsi dalej, a ja z Bobem mam jechać za nim Szprotem.

Przez telefon pan mechanik najwyraźniej chce podać swoje położenie, ale Dziubas mówi, że je zna, bo sprawdzał. Mojej intuicji zapala się czerwona lampka.

Ruszamy w drogę.

Wjeżdżamy do wyznaczonej miejscowości.

Krążymy, krążymy, jedziemy do góry i znów na dół.

I tak jakieś 15 minut.

Nareszcie, Dziubas włącza kierunkowskaz!

Skręcamy na stację benzynową, gdzie szuka warsztatu na GPSie.

Wyjeżdżamy ze stacji. Znów jedziemy po górach i dolinach. Skręcamy chyba tam, gdzie poprzednim razem, wyjeżdżamy z tej wsi i wracamy do niej z powrotem.

Bobo wskazuje palcem auto, którym jedzie Dziubas, komentując „Taaaa…o-o! Brrrrr!” więc chyba też kojarzy, że coś jest nie tak.

Skręcamy nagle pod kwiaciarnię – może Dziubas chce mi niespodziewanie kupić kwiaty za ten cały wysiłek?!

Spod kwiaciarni jednak odbijamy pod aptekę – może boli go głowa i chce coś na uspokojenie?

Dojeżdżamy pod kościół – może chce się pomodlić o wskazanie właściwej drogi?!

Ostatecznie skręcamy w jakąś dziurawą żwirową uliczkę i zatrzymujemy się pod kontenerami pełnymi używanych ubrań, stojących w towarzystwie starej obdartej kanapy.

Pełna nadziei, że to nie jest nasze miejsce odpoczynku w ramach przerwy, poddaję się i wyłączam silnik. Za chwilę włączam go z powrotem, bo obawiam się, że Dziubas zostawi mnie tu mówiąc, że to mój nowy dom.

Warsztat jest na wprost nas.

LUZ.

Wieczorem za to wyglądam przez okno i dostaję rozległego zawału, bo nie ma naszego auta przed domem.

Niech żyje skleroza i jedzenie masła! Pociąg Alzheimer przyjechał na czas!

Na chwilę obecną na pasku zadań pokazał mi się zakaz wjazdu – boszsz…te wszystkie komputery i inne nowomodne urządzenia techniczne. Najeżdżając na niego kursorem zostało mi wyjaśnione, iż dzieje się tak za względu na to, że mój GHISNSKSN nie jest tożsamy z JDSLFJ a zatem instalowanie FHDFHJS będzie miało wpływ na FHDJF.

Szukając odpowiedzi w zakładce zaawansowane dowiedziałam się, co następuje: „Zazwyczaj oznacza to, że instalowane pakiety posiadają niespełnione zależnosci.”

Chyba idę spać, bo jutro niedziela. Co oznacza jedynie tyle, że ten tydzień jeszcze się nie skończył…

Kołysanka Spidermana

O, wszechobecny chaosie i zgrozo!

Na dzień dzisiejszy mam ochotę zamówić wszystkie książki typu „Żyj spokojnie”, „Jak żyć bez stresu”czy inne „Życie bez nerwów”.

Plus te wszystkie „Żyj hygge”, „Żyj lagom” i jeszcze, jeśli jest na stanie, niech dorzucą jakąś islandzką wersję „Żyj Eyjafjallajökull”.

Do tego poproszę karton melisy, pudło prozacu i biały pokój bez klamek obity materacami.

No i jeszcze oczywiście coś na zmarszczki i do pokrycia siwych włosów, bo po wczorajszym wieczorze przyda mi się dosłownie WSZYSTKO.

Jak to zwyle bywa, nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy.

Bob został przebrany w piżamę, położony do swojego łóżeczka z grająco-świecącym miśkiem i bonusową pandą.

Mija pół godziny. Nie śpi. Stęka, kokosi się, przewraca z boku na bok.

No cóż, myślę. Wyszalał się dziś jak dziki mustang, pewnie jest zmęczony i nie może zasnąć.

Wchodzę, podnoszę, przytulam.

Sytuacja powtarza się ponownie za kilka minut. Tym razem wchodzę z butelką soku. Bob spożywa sok ze stoickim spokojem, powoli przysypiając. Misiek akurat się wyłącza po swoim 30-minutowym cyklu. Sięgam więc do niego, w celu ponownego uruchomienia, a na nim siedzi GIGANTYCZNY CZARNY TŁUSTY PAJĄK!

LITOŚCI!

Momentalnie włączyłam światło, wrzasnęłam po posiłki (Dziubasa) i zaczęłam panikować, piszczeć i przeskakiwać z nogi na nogę, pokrywając się nowymi falami gęsiej skórki.

Bobo patrzy na mnie opanowany jak nigdy.

Dziubas spokojnie zabija pająka i przechodzi nad tym do porządku dziennego.

A ja?

No cóż – resztę wieczoru spędzam przeżywając kolejne etapy choroby sierocej. Kiwam się tam i z powrotem.

Najpierw, kiedy strach już mija, przychodzi pora na wyrzuty sumienia. Bo przecież jak mogłam nie ustrzec mojego pisklęcia prrzed takim niebezpieczeństwem?! Powinnam była zlustrować cały Bobowy pokój tak dokładnie jak firmę Amber Gold, przeczesać materac, zajrzeć w każdy kąt i owinąć Boba szczelnie materacem i ochraniaczami na wypadek powodzi/ognia/wichury/zagrożenia biologicznego/ataku dzikich zwierząt i owadów.

Potem oczywiście mój mózg nie może po prostu dać sobie spokoju, więc wciska klawisz powtarzający dane zjawisko tak, że mam ochotę się rozpłakać, wyrwać sobie włosy z głowy, poobejmować muszlę albo zacząć zawodzić w stylu hiszpańskiego fado.

Wyrzucam z siebie emocje jak kałasznikow – celując oczywiście prosto w Dziubasa, który patrzy na mnie jak na psychopatkę. Powtarza spokojnym tonem, który doprowadza mnie do szału, że to TYLKO pająk, że one „nie mają nic do ludzi” i że nie gryzą, nie duszą, nie kradną, etc. Nie wiem co jeszcze mówi, bo oczywiście nie wierzę w ani jedno słowo mające na celu obronę tego czarnego bydlaka.

Boszsz…na koniec mam ochotę przenieść Boba w tym jego całym śpiworowym inwentarzu do naszego łóżka, tulić, nie puszczać i nie pozwolić ruszyć się mu z tej kanapy aż do ukończenia trzydziestki. No bo wiadomo, maminsynek PO trzydziestce, to już nie bardzo.

Do późna nawiedzają mnie rozmaite wizje (w tym miejscu chciałabym serdecznie podziękować mojej nad wyraz wybujałem wyobraźni…). Pająk chodzi po Bobie (Boszsz…jeszcze teraz mam gęsią skórkę!). Pająk zawija go w kokon. Pająk toczy go w tym kokonie z domu, z daleka od rodziców.

Dzisiaj mam wory pod oczami, w które mogłabym się spakować na tydzień. Po wczorajszym szaleństwie i po tym, jak dzisiaj przewróciłam dom do góry nogami z odkurzaczem w dłoni i obłędem w oczach.

Na dodatek pisząc to wydawało mi się, że coś mi chodzi po nodze, więc zaczęłam wierzgać i odłączyłam sobie zasilanie w laptopie.

Cóż więcej mogę dodać – chyba idzie wiosna. Bo pająki budzą się do życia…