Dzień Kobiet czyli Miłość w czasach zarazy

W ten wyjątkowy dzień w roku, postanowiła dopaść mnie grypa.

Zapowiadało się na to już w sobotę, kiedy popołudniu dopadł mnie ból głowy i ścięła drzemka.

Myślałam, że to przez zmęczenie, bo wcześniej spędziłam godzinę w zamkniętym aucie z dwoma wariującymi Paszczakami, podczas gdy Dziubas z kolegą wybrali się na przejażdżkę. Mającą oczywiście związek z ważnymi samochodowymi sprawami.

Przez tą godzinę oboje zdążyli się obudzić w swoich fotelikach, roznieść całe auto, wylać w nim mleko i przejść od euforii, poprzez przepychanki, aż do wycia.

Pod koniec Bob smutnym głosem zawodził, że „Tata na pewno jeszcze nie wróci” a Lolo, dojąc flaszkę z mlekiem, tulił się do mnie z mętnym wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie.

Siedząc tam na tylnej kanapie, w tym obrazie nędzy i rozpaczy, na wszystkich naszych kurtkach i z zaparowanymi szybami, wyglądałam jakbym się w tym aucie okociła.

Tak czy siak, nadeszła niedziela. Dzień, w którym ledwo zwlokłam się z łóżka. Po naszprycowaniu się paracetamolem niby jakoś funkcjonowałam. Czytałam sobie nawet trochę książki, którą kupił mi Dziubas przy okazji wizyty w księgarni. Zażyczyłam sobie „Co nas nie zabije”, czyli opowiastki o wszelkich możliwych epidemiach w historii ludzkości. Romantyzm pierwsza klasa.

Popołudniu zaczęłam czuć się odrobinkę gorzej. Wtedy na dół zszedł Dziubas, wręczając mi czarną teczkę z życzeniami na Dzień Kobiet. Nie powiem, trochę mnie to zdziwiło, bo prezent już doczytałam do połowy, a żonkile kupiłam sobie sama w czwartek.

Po jej otwarciu zbierałam chwilę koparę z ziemi, bo zawartością okazała się szczegółowa instrukcja, gdzie udać się po polisy ubezpieczeniowe i co zrobić, w razie śmierci Dziubasa.

Bosz…czy u nas chociaż RAZ nie mogłoby być NOR-MAL-NIE?!

Zdołałam z siebie wydukać tylko tyle, że chyba już wolałam książkę, ale Dziubas, zapowietrzając się, stwierdził, że przecież to jest o wiele ważniejsze i on by ZDECYDOWANIE wolał dostać coś takiego.

Rozumiem, że w takim razie na rocznicę ślubu zamiast czekoladek albo wyjścia do kina mam wykupić nam kwaterę na cmentarzu?

Wieczór choroba rzuciła mnie bezlitośnie na kanapę. Dostałam takich dreszczy, że szczękałam zębami. Wydawało mi się, że po moim ciele przetaczają się z góry na dół jeżozwierze, wyciągnięte chwilę wcześniej z lodówki.

Około 21 nagle poczułam się lepiej (po paracetamolu, rzecz jasna), postanowiłam, że czas na prysznic i nagle wpadłam w jakiś szał czystości. Spędziłam w łazience chyba ze 40 minut, szorując pumeksem stopy, goląc wszystko, co popadnie (dzięki bogu oszczędziłam brwi) i szorując się w gorącej wodzie pachnącymi płynami.

Po tej całej kuracji z kolei zaczęło mi być delikatnie gorąco, więc z uderzeń zimna przeszłam prosto w doznania rodem z Sahary.

Na koniec wieczoru zjadłam trochę ptasiego mleczka i padłam spać.

Dziś, póki co, żyję, chociaż nadal boli mnie gardło, mięśnie i szyja, bo wybuliło mi na niej wszystkie węzły chłonne. Czuję się jak dziad. Ale dziad z czystym dywanem, bo udało mi się poodkurzać. Raz jeszcze, kłaniam się wynalazcy paracetamolu.

A miałam zacząć dziugać w ogrodzie i biegać z wózkiem po wsi. Ech, plany, plany…

Cię-choroba i Grzanie-w-banie!

W zeszłym tygodniu, dokładnie w swoje urodziny, Bob wrócił z przedszkola chory. Smarkanie, charkanie, gorączka – cały pakiet wiosennych nowości. Ledwo zdmuchnął świeczki na Psim Patrolu na przedszkolnej imprezie i padł.

Na dzień dzisiejszy już praktycznie mu przeszło, ale w poniedziałek rozchorował się Lolo. Zestaw atrakcji oczywiście ten sam. Plus ślinienie się jak buldog, bo jakoś dziwnie jego choroba zawsze uaktywnia mu turbo ząbkowanie.

Dzisiejszej nocy cierpiał katusze Dziubas, który zatruł się nie-wiadomo-czym. Bo przecież nie czymś, co ja ugotowałam, to oczywiste. Stanęło na kurczaku z rożna, który wypadł kasjerce z pudełka i wytarł klatą kawałek kasy.

Co za tym idzie, nie śpimy trzecią noc. Bo trzy godziny snu się nie liczą. Wydaje mi się, że za chwilę zacznę widzieć dookoła różowe jednorożce.

Bob lata po domu jak szalony, bo mu się nudzi. Lolo szuka baby-nosiciela, bo tylko moja mama jest w stanie przenosić go na rękach większą część dnia. Dziubas ogląda Maszę i Niedźwiedzia. Bo lubi.

W samym środku standardowo ja. Noszę, sprzątam, robię herbatki, wycieram kupry, piorę, piorę, piorę. Wczoraj, tuż przed wyjściem, Lolo na mnie zwymiotował, więc miałam jakieś trzy sekundy na przebranie się i zdążenie w umówione miejsce na czas. Swoją drogą buty, które kupiłam na jesień, w ciągu ostatniego pół roku zostały już dwa razy obrzygane. Podświadomie już nazwałam je „Wymiotki”.

W tym całym szaleństwie zaczęłam ćwiczyć talię osy, bo uznałam, że jeszcze chwila i już nigdy jej nie znajdę. Po dwóch razach nie miałam już więcej czasu, więc kupiłam sobie super mega krem. Ma właściwości skalpela (aż strach się bać!), modeluje sylwetkę, spala tłuszcz, redukuje cellulit i w ogóle nie musisz nic robić tylko posmarować się nim i czekać na efekty.

Tak też zrobiłam.

Nasmarowałam się podwójną dawką (żeby było od razu z grubej rury, zamiast dwóch treningów), zasiadłam na kanapie i otworzyłam czekoladę. Bo skoro moje ciało samo ćwiczy, to chyba można sobie pozwolić. Od niechcenia zerknęłam jeszcze raz na opakowanie kremu i dostrzegłam na nim napis, który wcześniej jakoś dziwnie nie rzucił mi się w oczy: FORMUŁA ROZGRZEWAJĄCA.

O matko jedyna! Zaczęło się po kilku minutach od posmarowania! Uda i brzuch płonęły mi żywym ogniem, ja trzęsłam się z zimna i z szoku, bo nie wiedziałam, czy nie zostanie mi już tak na zawsze. Oprócz wyżej wymienionych miejsc, piekły mnie też miejsca pomiędzy palcami, bo najwyraźniej niedokładnie umyłam ręce. Tak więc palce na pewno mi odchudzi, mogę to odhaczyć z listy. Tylko żeby mi obrączka nie spadła.

Przeszło po jakiejś godzinie. Wczołgałam się pod kołderkę i zastanawiałam się co mnie napadło, żeby próbować takich nowinek NA NOC. Całe szczęście, że było jeszcze dość wcześnie. Inaczej nie zmrużyłabym oka i może jeszcze przy okazji zmoczyła pościel w tym ciepełku.

A podobno teraz modne jest to całe Mindfulness, bycie tu i teraz i porzucenie myśli o przyszłości.

No to porzucam. Poza ogromną nadzieją na wyspanie się dziś w nocy bez żadnych rewelacji.

Bosz…gdzie ta wiosna, widział ktoś?

Sroga joga

W ramach noworocznych postanowień, podczas których postanowiłam niczego nie postanawiać, zapisałam się na jogę.

Wyjęłam z szafy matę, którą kupiłam rok temu i odpakowałam ją z folii.

Zmotywował mnie też cudny sportowy stanik, który kupiłam w Pepco.

I trochę to, że za chwilę nie dopnę się w niektórych spodniach, bo wszystkie słodycze, które pochłaniam, jakoś sprytnie omijają cycki i odkładają się w brzuchu i udach.

Poczłapałam więc dzielnie do wiejskiej świetlicy…no dobra, pojechałam samochodem. Kondycję mam zerową, nie ma się co oszukiwać.

Rozłożyłam matę, sprawdziłam, czy nie mam jej czasem na lewej stronie. Potem uznałam, że nie wiem czy maty mają lewą i prawą, ale nie ślizga się, więc chyba się przyssała do podłoża.

Pomimo delikatnego zdziwienia prowadzącej, że widzi nową twarz teraz, w środku…semestru(?Okresu? Co ma joga, wie ktoś?) postanowiłam się nie poddawać i nie myśleć o tym, że grupa się joguje od początku października.

Szło mi nawet nieźle, wymachiwałam rękami, dałam radę usiąść po turecku, muzyczka kojąco wlewała się w me uszy, a ja, zrelaksowana, wdychałam i wydychałam.

Zderzenie z rzeczywistością przyszło nagle i niespodziewanie.

Pani prowadząca nagle zaczęła wyrzucać z siebie sekwencję słów z prędkością kałasznikowa. Słów, dla mnie, kompletnie bez żadnego znaczenia ani nawet skojarzenia. Na sali zapanował ruch a ja otworzyłam koparę, wybałuszyłam oczy i starałam się nadążyć w kręceniu głową na lewo i prawo, żeby w ogóle ogarnąć co się dzieje.

No więc siedzę tam, zastygła w bezruchu z otwartą japą a w tle lecą komendy: WDECH, DESKA, WYDECH, PIES ZE SPUSZCZONĄ GŁOWĄ, WDECH, KOBRA, WYDECH, CZA- TU- RAN- GA!

Boszszsz….co? Jak? Gdzie?!

Mamy uciekać? Rzucać się na ziemię?! Zwijać matę?!

W ciągu tych kilkunastu sekund byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, czy mam stanąć na głowie, zwiewać przed terrorystami, czy szukać pod sufitem ukrytej kamery.

Kiedy emocje już opadły, starałam się dostosować do tempa ćwiczeń. Szybko uznałam, że nie jest jednak ze mną tak źle, mięśnie mam nawet rozciągnięte, a w ogóle to na pewno po tej godzinie już mi się wszystko pięknie wyrzeźbiło.

Wleciałam do domu, wzięłam prysznic i stanęłam przed lustrem. Niby wyglądam tak samo, ale niechaj nikogo to nie zmyli! Pod tymi oponkami tak naprawdę drzemią stalowe mięśnie, które lada moment ułożą się w kaloryfer, a wtedy bojler zniknie.

Poklepałam się zadowolona po brzuchu, a potem, jako, że joga najwyraźniej pobudziła moją czakrę żołądka, zrobiłam sobie wypasioną kolację i poszłam spać przekonana o swoich supermocach.

Na drugi dzień ledwo wstałam z łóżka. Zakwasy miałam w najdziwniejszych miejscach świata, a przede wszystkim nie odnotowuję w swej pamięci, żeby kiedykolwiek tak bolały mnie całe ręce! Od ramion aż do dłoni!

Bosz…No ale jak boli to działa, tak?

Wdech, wydech, wdech, wydech, idę po czekoladę.

Poezja pełna tęsknoty!

Zbliża się wiosna i całe szczęście, bo zimy nie znoszę okrutnie!

Wyglądam przez okna i szukam słoneczka, bo wokół szaro i smutnie.

Chwile czekania wypełniam praniem i sprzątam, co Lolo rozwali,

Bob skacze po łóżku, Dziubas coś marudzi, a ja się chowam w oddali.

 

O, wróćże, ta chwilo, w której ja i laptop

Złączeni w miłosnym uścisku,

Nie dbając o nic, niczego nie pragnąc,

Cmokamy się wzajem po pysku!

 

O, sroga tęsknoto za mymi blogami,

Co do mnie wołają z oddali!

Cóż u Was nowego, kochane kobitki,

Będące zawsze na fali?!

 

Potomstwo podrosło, nie ciągnie za sukno,

Być może tym razem się uda

Poświęcić mej pasji choć jaką godzinkę,

By rozproszyła się nuda!

 

Więc piszę i siedzę, więc siedzę i piszę,

Klawisze kochane swe pieszczę!

Czy jest tam kto w sieci? Czy ktoś za mną tęskni?

Czy pamiętacie mnie jeszcze?!

 

Choć z czasem jest krucho i zero relaksu,

A wieczór Morfeusz mnie nęci,

Myśl o Was, blogerki, w mej głowie strudzonej,

Nocami i dniami się kręci!

 

 

Stęskniona Dziubasowa 🙂

Szatan, ksiądz i dwie żyrafy.

Nowy Rok 2020 praktycznie niczym nie różni się od poprzedniego – mogę to udowodnić.

Szaleństwo, które mnie otacza nie słabnie, a wręcz przybiera na sile. To pewnie wina jakiegoś globalnego ocieplenia.

Namiastkę stylu nadchodzącego roku mieliśmy z Dziubasem już 30 grudnia, w poniedziałek, o 9.15 rano. Czyli w dniu, kiedy postanowił nas odwiedzić ksiądz po kolędzie. I to był chyba jakiś noworoczny cud, że akurat zdążyłam już posprzątać w domu i wyjść z piżamy, kiedy kolędnicy zapukali do naszych drzwi.

Kilka minut wcześniej, kiedy wypatrzyłam ich z daleka przez okno, Dziubas wpadł w panikę i zaczął chodzić w kółko.

I w sumie wszystko wyszło ok, oprócz momentu śpiewania kolędy. Czyli samego początku.

Bo nagle zauważyłam, że zimno w moich stopach pojawia się z bezpośredniego kontaktu z podłogą. Postanowiłam niezauważenie wyciągnąć skarpetki z szuflady komody, bo boso to tak trochę głupio.

Moje kocie ruchy ninja były tak precyzyjne, że po otwarciu szuflady, wszyscy dookoła, śpiewając półgębkiem, przejawili zainteresowanie jej wyposażeniem.

A więc ksiądz, dwóch kolędników i organista przez chwilę podziwiali mój czarny sterczący dumnie w górę stanik (bo Marie Kondo powiedziała, że nie należy ich składać w pół!),  zanim ja sama zauważyłam o co im chodzi, zatrzasnęłam szufladę i zwinnie rzuciłam kulą ze skarpetek na kanapę.

Ta chwila trwała wiecznie i mogłabym uchwycić serią zdjęć jak wszyscy podążąją wzrokiem za lecącymi w zwolnionym tempie skarpetami.

Bosz.

Jako, że Dziubas aktualnie przebywa na delegacji w USA i będzie tam aż do następnej niedzieli, odwiedziłam moją Big Sis i ciocię, żeby wyciągnąć Paszczaki z domu. Moja mama, która też się tam zjawiła, wraz z ciocią bardzo starały się chłopaków zabawić, a ja i Big Sis podziwiałyśmy ich inwencję.

I tak oto ciocia, wyciągając z pudła z zabawkami zebrę, kazała zwrócić uwagę chłopaków na piękną ŻYRAFĘ. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kilka minut później moja mama raczyła kolejną żyrafą zdziwione dzieci. Tym razem żyrafa okazała się sarenką.

Apogeum zostało osiągnięte niedługo po żyrafach, kiedy ciocia włączyła samochodzik z jakimś dzikim napędem, krzycząc „Szatan!”.

Luz. Czyli w bieżącym roku moja rodzina ma nadal tak samo jak ja.

Nic dziwnego, że w Biblii to Adam nazywa stworzenia.

Podsumowując moją aktualną sytuację życiową: siedzę sama z dwoma Paszczakami i nie mam czasu, jak zwykle, złapać zakrętu. Całe szczęście, że rosną tak szybko i opieka nad nimi przestaje być aż tak wymagająca.

Lolo ostatnio wypowiedział swoje pierwsze świadome słowo. Oczywiście nie było to „mama” ani „tata”, lecz BUŁA. Tak,w tej kwestii też nic się nie zmienia, Lolo pożera wszystko na swej drodze i trzeba uważać na palce podczas karmienia. Bob za to mówi coraz więcej i ciekawiej, nie sposób zapamiętać jego licznych wywodów. Dziś rano na przykład stwierdził, że tata na górze ma KORYTO.

Idę jeść, bo muszę nadrobić te wszystkie straty energetyczne. A wiadomo, że najlepiej się opychać na noc.

Jak tam Wasze postanowienia?