Groźby

Ostatnimi czasy zwróciłam uwagę na pewien nieskomplikowany mechanizm, który stosujemy wobec siebie z Dziubasem, kiedy chcemy się obronić. Przed sobą nawzajem oczywiście. Są to stare dobre i zawsze skuteczne groźby. No dobra, głównie to ja jestem członkiem z ramienia (?) grożących. Dziubas wyznaje, że najlepszą obroną jest atak a więc należy powalić mnie z nóg na najbliższą kanapę, chrumkać i mlaskać za uchem wywołując falę gęsiej skórki po stronie, która aktualnie jest chrumkana (tak – nigdy nie mam na całym ciele. Zawsze tylko po jednej stronie. Lewej lub prawej. Może to swego rodzaju wskazówka na jakie partie polityczne powinnam głosować…) a na koniec delikatnie acz niechcący mnie obślinić albo przeżuć fragment moich włosów.
Ja uznaję wyłącznie dyplomację! Wierzę, że nie można tak po prostu kogoś chrumknąć! To kropla drąży skałę! To wiara przenosi góry! To słowo, które od zarania dziejów było…bla bla bla, kogo ja chcę oszukać. Czasem robię dokładnie to samo Dziubasowi jak mnie akurat najdzie.
Tak oto powstało w moim rankingu kilka gróźb, które stosuję wobec Dziubasa w sytuacji tego – według mnie – wymagającej:

Bo kupię Ci porcelanowego psa! – Kiedyś maszerując raźnie przez galerię handlową w jednym sklepie wypatrzyliśmy porcelanowego psa w stylu dobermana. Czarnego. Siedzącego. O wysokości dobrego metra jak nie więcej. Z gigantycznymi pseudo-cyrkoniami (?) zamiast oczu. Kosztującego jakieś dwa tysiące polskich złotych.
Naprawdę, ja nie wiem – niby mamy kryzys, niby krachy i bankructwa a jednak produkuje się porcelanowe psy. I co miałabym zrobić z takim psem? Postawić go na środku pokoju? Udawać, że jest prawdziwy, rozmawiać z nim, głaskać po szklanym łbie? A może przydałby się żeby powiesić na nim jakiś ciuch albo torebkę po ciężkim dniu? Rozważaniu kwestii przydatności produktu oczywiście nie było końca.
Pod kategorię „Bo kupię Ci…” podpada również czerwony wariant porcelanowego psa (tak, robia je też w czerwieni…), porcelanowa gęś o gabarytach zbliżonych do psów (Nawet nie mam siły komentować…), oraz oczywiście – last but not least- plastikowa czapla z dziurą na kij – bo można nabić ją na patyk i postawić w oczku wodnym – na ozdobę rzecz jasna.
Rozważamy wyposażenie jednego pokoju całym tym zwierzyńcem jako naszej chluby i dumy kolekcjonerskiej.

Bo pójdziemy na zakupy do Tesco w ( tu wstawiam miejscowość obok naszej )! – To były najprawdopodobniej najdłuższe zakupy w naszym życiu. Po tym, jak opuściliśmy kolejkę, w której już staliśmy pod pretekstem znalezienia jeszcze kuchennej wagi, zdecydowaliśmy się czekać do kasy samoobsługowej. Rzecz jasna był to błąd. Po 20 minutach sapania, stękania i wypocenia wszystkich składników mineralnych, nadeszła nasza kolej. Kasa nie działa. Wracamy z powrotem do kolejki. Dziubas mlaska. Ja wzdycham. Następna kasa się zwalnia. Szczęśliwi przesuwamy wszystkie produkty wydające radosne pik!, pakujemy do siaty, kiedy nagle na monitorze pojawia się ERROR. Z żądzą mordu w oczach wzywamy obsługę. Podchodzi pani, po której już widać z daleka, że nagrody Nobla z dziedziny fizyki jądrowej raczej w tym roku nie otrzyma. Przesuwa swoją magiczną kartę, wpisuje kod nie do złamania ( 1234 ) i oświadcza, że nie doliczyło nam do rachunku owej reklamówki. Kiwamy głową ze zrozumieniem, że faktycznie, że mogło tak być. Pani robi tak, żeby było ok: cyk i siatka policzona, kiedy nagle i niespodziewanie odwraca się i ze szczerą żałością w głosie pyta nas „Ale dlaczego państwo nie zapłacili za tą siatkę?”. Kopary na ziemi mamy oboje. Nie wiem kto bardziej jest w szoku i lekkiej apopleksji, ja czy Dziubas, który ma taki wytrzeszcz, że nie może z siebie wydusić słowa. Mnie przelatuje przez głowę tylko jedna odpowiedź, którą decyduję się zatrzymać dla siebie: „Otóż proszę pani – chciałam ją ukraść. Tak, przyznaję się! Chcieliśmy zapłacić za wszystkie nasze zakupy ale TĄ OTO WŁAŚNIE plastikową reklamówkę chciałam sobie ukraść! Do domu! Dla siebie!”. Ostatecznie odpowiadam coś, że sie rozpędziliśmy, opuszczamy sklep spoceni i odwodnieni i obiecujemy sobie nigdy tam już nie wrócić. Nawet podczas armageddonu albo innej zombie masakry. Nawet po konserwy na koniec świata.

Bo Cię wytarmoszę! – Ta groźba posiada chyba największy kaliber. Dziubas mając samą perspektywę łaskotania już zaczyna nerwowo odpowiadać „Nie!” i wciągać powietrze nozdrzami ze świstem. O skillu Dziubasa dotyczącym łaskotania z powietrza już pisałam. Jest to więc tortura psychologiczna mająca na celu nakłonienie do go zmiany zdania na moje – lepsze 🙂
Pod ową kategorię podchodzą również groźby takie jak:
Bo będą dziś podwójne lemury! – Ów fenomen również został opisany wcześniej. Na ta groźbę niejako Dziubas się już uodpornił, odpowiadając mi na przykład dziś rano, że „To nie jest jak z naliczaniem minutowym, że przechodzi na następny miesiąc”. A więc chyba już nadszedł moment przedstawienia mu wykresu obrazującego kumulację w Lotto.
Bo Dziubasowa łaskotka będzie szukana! – To ostatnie spędza mu sen z powiek. Dziubas wie, że jak zacznę szukać to znajdę i najgrubsza warstwa kokonu nie pomoże.

Szanowni Państwo, wiem co teraz powiecie, ale pozwólcie, że uprzedzę – ależ oczywiście, że groźby są potrzebne. Bo niby jak inaczej postawić na swoim? Dyplomacją?? 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s