Until it sleeps

Ostatnio dzień mój podzielony jest na zajęcia, które mogę czynić kiedy Bobas zaśnie. Drzemki owe należą raczej do krótkich, gdyż Bobas wraz ze swym wzrostem snu potrzebuje coraz mniej, więc nie jest zbyt łaskawy w obdarowaniu mnie jakimś wolnym czasem.

Śniadanie czasem zjem o 8, czasem o 12 w południe, bo trza bujać wózek w tę i z powrotem, a i trajektoria bujania staje się potomkowi memu nudną, zatem trzeba randomowo zmieniać trasy obijając się o framugi mieszkania. W międzyczasie w kuchni cień rzuca Kilimandżaro złożone z garów w miejscu, gdzie kiedyś był zlew, w łazience zamieszkał jakiś Szary Cwel i stado borsuków, a niewyprasowane sterty w trakcie tworzenia odrębnej cywilizacji kończą kłaść szyny pod kolej żelazną. Na to wszystko Bobas znów wypluwa smoczek manifestując swe zniesmaczenie i otwiera bezzębną czeluść coraz szerzej i głośniej.

Obiadem stało się kilogramowe lasagne z Biedry, choć czas potrzebny na rozgrzanie piekarnika a potem podpieczenie tej breji i zjedzenie jej jest niewystarczający, bo Bobas właśnie robi kupę zaraz po tym, jak przed chwilą robił kupę, więc matka trze mały kuper lawendowymi chusteczkami, których zapach zmieszany ze zwierzęcą wydzieliną przywołuje na myśl relaks nad gnojówką w Piździszewie.

Kolacja stała się słowem, którego używają na codzień inni ludzie. Ja mam wówczas żer. Jest to pora, kiedy Dziubas wraca do domu z pracy a więc witaj, lodówko! Matka Polka wygrzebuje w niej to co znajdzie i pochłania nasłuchując czy to Bobas znów skrzeczy, czy sąsiadowi z drugiego po prostu skrzypnęły drzwi do kuchni. W czasie żeru, przeżuwając jakieś resztki śledziowe z plastikowej wanienki, trzymam Bobasa pionowo w kącie pokoju, bo tam jest jego Święty Kinkiet, w który patrzy od niedawna z taką fascynacją, jakby widział tam stado walkirii galopujących ponad tęczą na skrzydlatych jednorożcach. Obrócić się nie lza, bo Kinkiet! Matka, KIN-KIET! Widziałaś Ty?!

Pomimo tej diety bobasowej mam kandzioł. Normalnie fałda wystaje mi zza spodni i opina się w miejscu, gdzie podkoszulek zazwyczaj powinien jakoś seksi wisieć czy coś. Kiedy przymierzyłam spodnie o 3 rozmiary większe niż przed ciążą i okazały się dobre, nabyłam Postanowienia. Że niby zacznę ćwiczyć, bo wstyd z takim mięśniem piwnym wyjść do ludzi.

Pierwsze, co przyszło mi na myśl to niezastąpiona Chodakowska. Tak! Ewa! Ewa mnie uratuje! Po włączeniu filmika instruktażowego szczena opadła mi z łoskotem na podłogę już podczas przyjmowania pozycji do ćwiczenia. Nie wiedziałam, że ludzkie biodro może się tak wygiąć, bo moje tak nie robi. No więc zarzuciłam te próby, skoro nie umiem nawet się odpowiedni ustawić, a nie dopiero ćwiczyć tego co trzeba. Wróciłam więc do swoich starych ćwiczeń typu pilates i po serii przysiadów spuchła mi kostka.

Resztę dnia spędziłam z paczką zamrożonych pierogów ruskich owiniętych nad stopą.

Już trudno. Kupię ubrania o rozmiar większe…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s