Jesienne chronotypy

Szanowni Państwo, już niedługo Boże Narodzenie. Otóż nagle i niespodziewanie rozpętał się listopad i po gwałtownym sprzątnięciu zniczy z promocji w hipermarketach, zaczynają pojawiać się tu i ówdzie przyczajone czekoladowe Mikołaje. Póki co „Last Christmas” jeszcze nie usłyszałam, więc chwilowo wstrzymuję się z rozwieszaniem świątecznych dekoracji.

W szale wychowywania obudziłam się (?) właśnie dziś, w listopadowy dzień. Choć patrząc na mój ostatni wpis, poszłam spać w sierpniu. Nie wiem jak to się dzieje, kto mi kradnie mój zen, kto zasysa moje kontinuum czasoprzestrzenne i nie wiem też kto zrył w ciągu ostatniej nocy jedyne przyzwoite kilka metrów kwadratowych naszego pseudo-trawnika.

I właśnie uświadomiłam sobie, że jestem miksem delfina z niedźwiedziem. Bo w chwili wolnej od matczynych obowiązków, dowiaduję się właśnie wszem i wobec, że każdy z nas posiada swój chronotyp odpowiadający określonemu zwierzęciu. No więc nie mogę zdecydować, czy wolę być niedźwiedziem czy delfinem. Luz. Nawet nie chcę się zastanawiać jakby to mogło brzmieć na zewnątrz.

Otóż okazuje się, że kiedy znajdzie się swoje wewnętrzne zwierzę, istnieje idealne lekarstwo na aktywację i dopasowanie się do rytmu dnia. Niezależnie od tego czy mentalnie siedzisz w gawrze i dokarmiają cię turyści, czy skaczesz przez obręcze i wydajesz ultradźwięki.

Czas start!

„6: 30 – wstań i zrób ćwiczenia.”

No i już mamy problem.

Po pierwsze wstań. O 6:30. Jak rozumiem, dobrowolnie. Tak jakby samo wstawanie nie było już ciężkim cardio połączonym z dźwiganiem ciężarów. I jeszcze ćwiczenia? Rozumiem, że mam odrzucić ciepłą kołdrę, stanąć na ziemi z rozmamłanymi oczami i potarganymi włosami i zacząć energicznie pompować albo robić pajacyki.

Już widzę minę Dziubasa, który otwiera jedno oko i patrzy czy wzywać uprzejmych panów w białych kitlach. Check!

Dalej – „Zaplanuj swój dzień lub pracuj nad rzeczami kreatywnymi.”

Tak więc kiedy już wszyscy siedzimy przy śniadaniu, na sam środek kuchni przywlokę tablicę z wykresami i obmyślę co w którą tabelkę umieścić: czy najpierw mleko a potem zmiana kupy? Czy może w międzyczasie pranie albo latanie po ziemi za Bobem. Rezczywiście fascynujące. Potem, w ramach pracy kreatywnej, ułożę dziś naczynia w zmywarce całkowicie odwrotnie niż robiłam to do tej pory. Check!

„Jeśli czujesz się zmęczony, wyjdź na krótki spacer.”

Oczywiście, że czuję się zmęczona. Tak więc, w ramach relaksu, przez następne pół godziny będę ubierać Boba w kolejne warstwy ubrań, podczas gdy on będzie wierzgał, wrzeszczał i uciekał z pola bitwy. Po tych 30 minutach, kiedy cała zlana potem posadzę mu kuper w wózku, zrelaksuję się na krótkim spacerze. Krótszym, niż cała faza wychodzenia z domu. W ramach tego relaksu będę pchać te 8 kilo w wózku, co chwilę poprawiać kocyk, czapkę na uszach, sprawdzać, czy nie za gorąco/zimno/sucho/mokro, czy słońce nie świeci mu w oczy, czy nie jest głodny/śpiący/whatever. Check!

Punkt kolejny – „Pracuj nad trudnymi zadaniami.”

No doprawdy, czuję się urażona. Niby wiadomo, że opieka nad dzieckiem to nie astrofizyka, ale błagam. Są dni, kiedy zastanawiam się, czy rozbrajanie bomb albo sprowadzanie na ziemię samolotów nie jest zajęciem mniej stresującym. Punkt ów pominę milczeniem.

„Medytuj lub uprawiaj jogę.”

No to medytuję – czy internet został opłacony, czemu znowu kończą się pieluchy skoro dopiero co kupowałam paczkę, kiedy zmienię opony na zimowe, czy kolejne pranie zmieści mi się na suszarce…i tak w nieskończoność. Owa medytacja niestety nigdy nie kończy się nirwaną albo osiągnięciem jakiegoś złotego środka. Jogę uprawiam codziennie. Zaczynam od pozycji Wschód słońca – z wrzaskiem o brzasku, przechodzę w ciągu dnia przez wszystkie wyluzowane kurwajegomać lotosy na środku jeziora, kończąc na polewaniu swoich czakr prysznicem około 21.00 żeby potem wsadzić je nareszcie do łóżka.

„Wyłącz wszystkie ekrany, poczytaj książkę lub idź spać.”

O, to lubię. Szczególnie, że pora spania Boba równa się u nas włączeniem wszelakich ekranów jakie mamy w domu, bo oto nagle nastała wolność, wiedzie lud na barykady z odsłoniętym cycem, więc lecimy za nią, łapiąc po drodze wszystko, co napotkamy. Gdyby ktoś nas kiedyś umieścił na płótnie jako interpretacja własna dzieła Delacroix, stalibyśmy za tym małym chłopcem z giwerami i wymachiwali wszystkimi laptopami i kindlami.

Chyba nie nadaję się z moim lajfstajlem do wpisania w żadną konwencję. Jestem chronotypowym hipsterem. Niedźwiedziem z kuprem wilka i łbem delfina. Poza mainstreamem.

Idę zatem pomedytować nad garem spaghetti i pomyślę o założeniu karty stałego klienta do Starfucksa i zakupieniu nerdowskich okularów. Just in case.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s