Okno na świat

Nadszedł długo wyczekiwany weekend.

NAPRAWDĘ długo wyczekiwany. Przygotowywałam się do niego od zeszłego poniedziałku. Szczególnie pod względem zewnętrznym, bo przez niewyspanie i niedotlenienie siniaki pod oczami miałam jak panda, a z takimi wstyd wyjść do ludzi. No to szukam dobrych rad jak z tym walczyć i znajduję takie oto sugestie:

Okład z herbaty/ziemniaka/ogórkaOk…trochę dużo warzyw ale nigdzie nie piszą czy w celu wzmocnienia działania mogę wrzucić to wszystko naraz w formie sałatki. Sposób ten dyskwalifikuje (Boszsz…musiałam sobie przypomnieć jak się poprawnie pisze to słowo…) fakt, iż trzeba to trzymać 30 minut. No naprawdę, takim wolnym czasem na noszenie warzyw na twarzy to ja nie bardzo dysponuję.

Więcej snu Matko…No naprawdę – dziękuję bardzo, ale to BARDZO. Nie wpadłabym na to. Jak wiadomo, nierealne do zrobienia, więc idę dalej.

Kwas hialuronowy…Że co? Mam sobie w to pod okiem WSTRZYKNĄĆ coś? IGŁĄ? I to jeszcze KWAS?! I zapłacić za to wbijanie kwasu tysiąc złotych?? Chyba mi słabo…

Mniej uśmiechu – No halo, jak to? Mam się już w ogóle nie uśmiechać, bo zrobią mi się sińce, zmarszczki i inne kurze łapki? (Swoją drogą co za idiotyczna nazwa! Zawsze jak to słyszę mam wizję kury chodzącej mi po twarzy…) A co z tymi wszystkimi poradami typu „Żyj z uśmiechem”? W takim bądź razie lepiej mieć depresję ale być napiętą i bez siniaków i worów. Nie przyjmuję takiej opcji!

BotoksNawet nie będę się silić na komentarz…

Ostatecznie zdecydowałam się na wklepanie podwójnej porcji korektora i poszłam sobie na babskie spotkanie z Dziką i Lindą w jednej z galerii handlowych.

W drodze na miejsce okazuje się, że Dzika zapomniała obu swoich telefonów z domu, więc nie ma z nią żadnego kontaktu. Mamy się spotkać pod marketem budowlanym. Najwyraźniej chce zacząć od zwiedzania działu z tynkami i gładziami.

Market ów okazuje się mieć dwa wejścia, więc na pytanie Lindy, która jest już na miejscu, pod którym wejściem mam czekać, obie decydujemy, że ja będę tam po prostu tuptać, a ona do mnie zaraz przyjdzie tylko coś tam sobie kupi.

No to tuptam. Tam i z powrotem. I naprawdę nieważne, że jest zimno, a mi chce się siku. Chodzę tam i z powrotem, raz z jednej strony, raz z drugiej. Robi się coraz zimniej a Dzikiej nie widać. Linda też zaginęła w akcji.

Chodzę coraz szybciej, bo wieje coraz bardziej. Ludzie patrzą na mnie w bardzo sugestywny sposób, bo stoję na rogu wyraźnie bez większego celu. Generalnie dla połowy populacji przebywającej w tamtym miejscu wyglądam zapewne na dziwkę, a dla drugiej na wystawioną panienkę czekającą na randkę w ciemno.

Boszsz…normalnie szukam sponsora pod marketem budowlanym. „Cześć, jestem (…) – kupisz mi worek cementu?”

Po chwili dociera do mnie, że nie mogę podawać klientowi swojego prawdziwego imienia, więc zaczynam myśleć nad pseudonimem. Może Samanta?

Teraz już przez wiatr zaczynają łzawić mi oczy. Oba, ale lewe jakoś bardziej.

Bosko. Płaczę stojąc na rogu pod sklepem. Teraz to już odbieram spojrzenia pełne litości, bo wszyscy myślą, że pewnie nie przyszedł. A ja stoję tam i płaczę koło półek z nawozami (bo takie widzę przez szybę).

W końcu dzwoni Linda, mówiąc, żebym weszła do środka bo Dzika już tam jest.

Zachwycona pędzę przez te wszystkie glazury do ciepła.

Dzika z ogromnym zdziwieniem informuje nas, że to przecież logiczne, że miałyśmy się widzieć pod marketem budowlanym W ŚRODKU bo na zewnątrz przecież jest zimno.

Boszszsz…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s