Trzy.

Trzy. Tyle tygodni zajęło nam dojście do siebie po tajemniczym wirusie, który zawładnął naszym domem, rozwalił wszystko na swojej drodze i kopał meble.

Tajemniczym, gdyż iż nie spotkałam się jeszcze z czymś, co niby przechodzi po antybiotyku a za dwa dni wraca i postępuje tak w sumie dwa razy. Chociaż ja osobiście obstawiam jakiś szczep ptasiej grypy, bo podczas jej szalejącej – ponoć – epidemii jedliśmy same kurczaki. Codziennie. Tłumaczyliśmy sobie wówczas, że wyjadamy słabe jednostki.

W ciągu tych trzech tygodni przyszło do nas przedwiośnie, przyjechali panowie śmieciarze (mają tu przystanek raz w miesiącu, więc jak na wieś przystało, jest to wielkie wydarzenie) i zostawili nowe worki zawiązane w enigmatyczne kształty ni to precelka, no to kwiatu (następnym razem spodziewam się pudelka albo żyrafy) a Bobo wyhodował nowy ząb i nowy rytuał.

Otóż za każdym razem, kiedy się rozpłacze (obojętne z jakiego powodu) należy wziąć (kto inny spokojnie może WZIĄŚĆ, ale profesor Miodek i ja musimy WZIĄĆ) go na ręce i zanieść do kotłowni na przysłowiowe trzy zdrowaśki. Zmiana nastroju i okrzyk w stylu „Heeeej!” następuje tuż po naciśnięciu klamki.

No naprawdę. Spodziewałabym się różnych trików, z przekupstwem włącznie ale to? Czy on tam widzi coś magicznego, czego ja nie widzę? A może jest tam tak ładnie? Albo ulatniają się jakieś opary z pieca i stąd taki mały haj?

No cóż. Próbowałam polepszyć sobie nastrój w taki sposób, ale na mnie ewidentnie nie działa. Musi być słodkie albo buty i koniec, kropka. 

Dziubas w ramach dochodzenia do siebie, niedługo po zakończeniu kuracji antybiotykiem, poszedł na saunę i basen. LUZ. Ja bym chyba umarła fundując sobie taką rozrywkę po zapaleniu oskrzeli, ale Dziubas ewidentnie żyje. Siedzi właśnie przy stole i wklepuje jakieś kody do Matrixa. Swoją drogą ten sam sposób poprawiał mu codziennie samopoczucie w chorobie. Mam na myśli wlepianie się w ekran. Kiedy zasugerowałam, żeby może odpoczął, bo mnie na przykład zawsze boli głowa, kiedy jestem chora i oglądam tv, zrezygnowany przesiadł się na laptopa, a potem na komórkę.

Nawet tego nie skomentuję.

Ale jest już dzisiaj, 17 marca, wiosna, ptaki śpiewają, dzień jest dłuższy! Czas na jakąś spektakularną metamorfozę!

Myśląc w ten oto sposób wyrzuciłam praktycznie wszystko z szafy, natchniona dodatkowo programem „Trinny i Susannah ubierają kogośtam”. Generalnie nie mam w czym chodzić, a co gorsza wydaje mi się, że Dziubas może nie zrozumieć faktu, iż potrzebuję ubrań, kiedy właśnie się takowych pozbyłam.

Poza tym nadal intensywnie myślę, żeby zacząć się ruszać. Sama myśl o aktywności fizycznej powoduje, że jest mi niedobrze, no ale podobno ruch to zdrowie. Poza tym dowiedziałam się, że pies mojej Big Sis zaczął ćwiczyć na bieżni i chodzić na aqua-aerobik, więc jest mi trochę łyso. PIES! Rozumiecie to?!

Już widzę jak w czepku kąpielowym robi fikołki w basenie z jakimś makaronem w przednich łapach…

Póki co jest 21.00, piątek a ja zjadłam właśnie sześć ciastek barłożąc (barłożenie u nas w domu oznacza jedzenie w łóżku) w ukryciu przed Dziubasem.

Teraz obmyślam jak mu wytłumaczę ewentualną obecność okruszków na jego połowie łóżka. Nowy proszek do prania? Kosmici? Ciasta nazywają się Kruszynki, więc wybacz, ale inaczej być nie mogło, bo to świadczyłoby źle o ich producencie?

PS. A jutro mamy wychodne! 🙂 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s