Stop!

No więc tak jakby, nagle i nieoczekiwanie, zrobił się czerwiec i nadeszło lato. Tym razem już na serio.

Podobno, bo ja nadal żyję gdzieś poza świadomością. Dziecko dzieckiem, ale to już chyba początki Alzheimera. Wiem, bo jemy za dużo masła.

W związku z tym zamieszczam ową listę, sporządzoną w wyraźnych punktach. Dokładnie taką, jak na zakupy czy „to do” zanim decyduję się cokolwiek zrobić.

1. Wydawało mi się, że wzruszenie z byle powodu mija wraz z poporodowymi hormonami. Nie mija. Ryczę na byle filmie, serialu albo (sic!) reklamie. Niagara. Wzruszenie. Albo moje hormony szprycują się jakimś składnikiem, którego dostarcza im moja dieta (byle co, byle złapać w locie) albo nabyły wyjątkowo osobliwej formy ADHD. Opcji, że to starość, nie biorę pod uwagę.

2. Wydawało mi się też, że zatrucie, które przeszedł Dziubas jakiś czas temu, spowodowane było lodami. W ramach poprawy samopoczucia poprosił mnie o kupienie mu lodów w sklepie. LUZ. Okazało się, że to zwyczajne zatrucie to mega śmiercionośny wirus, który rozłożył w niedługim czasie mnie i Bobasa (równocześnie), stłamsił, przeżuł, wypluł, a nawet zaprowadził na kilka długich dni do szpitala.

3. Zapisałam się na hiszpański. Bo niby czemu ja nie mogłabym się go nauczyć? W związku z powyższym latam na kurs dwa razy w tygodniu,a Dziubas przepytuje mnie non-stop jak powiedzieć „Muszę wysłać pieniądze mężowi”. Nie wiem. Boję się zapytać.

4. Moje zdolności taneczno-koordynacyjne nie poprawiły się nic a nic. Ani odrobinę. Ostatnio, kiedy w przypływie radości wesoło kicałam i machałam rękami, wykonując – w moim mniemaniu oczywiście – ognistą sambę, Dziubas spytał, czy suszę paznokcie.

5. Co więcej, moja wdzięczna koordynacja sprawiła, że uderzyłam się drzwiami od auta w ucho (!) tak boleśnie, że następne kilkanaście minut zwijałam się i syczałam. Ucho było czerwone przez następne dwa dni.

6. Dziubas nadal potrafi idealnie wywęszyć swoimi tajemniczymi receptorami moment, w którym siadam po dniu pełnym wrażeń, wołając z drugiego końca domu „Dziubaaaaaaaaaaaaaaaaas??” i podsuwając wieczorne rozrywki typu „Umyjemy okna a potem płytki w łazience?!”. Rozważam zapisanie go na jakieś biegi z przeszkodami, żeby wyżył się wieczorami po całym dniu spędzonym za biurkiem. Kiedy zaś odpoczywa, ogląda kamerkę on-line z bocianim gniazdem, wołając co chwilę „O, mały się zesikał! Chodź, zobacz!”. Pojawia się też nagle kiedy już zasypiam, pełen werwy i ochoty na rozmowę o tematach przeróżnych, podrzucając poduszkę do góry tak, że łapie ją na kilka centymetrów nad swoją twarzą. Albo moją. Idzie spać dopiero kiedy zrobi na koniec „giant dropa”.

7. Moja wizja spędzania tegorocznego lata na tarasie z kawą (nie piję kawy, ale dla tej wizji mogę spróbować) dostała w pysk mokrą skarpetą. Tarasu jak nie ma tak nie ma, nie widać go w naszych najbliższych planach, a po „wyrównaniu terenu” nasz ogród (?) wygląda jak wysypisko śmieci. Zatem wizja oddala się z miesiąca na miesiąc, a ja patrzę z okna na hałdę ziemi z wystającymi z niej patykami i pojedynczymi źdźbłami trawy.

8. Mam obsesję posiadania czegokolwiek zielonego w domu, chociaż jestem w stanie ususzyć kaktusa. Co więcej, nadal nie wiem gdzie miałabym sobie to coś postawić, ale oj tam. Przecież jak juz kupię to miejsce samo się jakoś znajdzie, co nie?

9. Nadal fantazjuję o sprzątaniu bez przerywników. W myślach widzę siebie pucującą podłogę, szafki w kuchni i łazienkę, rozpylającą jakiegoś brise`a w powietrzu. Boszsz…na mózg mi padło. To nie tak oczywiście, że nie marzę o wakacjach w 5* hotelu, biżuterii czy 75847543 parze butów. Po prostu odzywa się moja pedantyczna natura i czasami dominuje tą zwykłą, codzienną.

10. Udało mi się w zeszłym tygodniu wyrwać na chwilowe zakupy do Reserved. Po szorty. I znowu zakochałam się w ich nowej kolekcji. Mogłabym tam mieszkać, zachwycać się, głaskać niektóre ubrania i tarzać się w pozostałych. Co najśmieszniejsze, do zeszłego roku nawet do tego sklepu nie wchodziłam, bo nigdy nie udawało mi się tam niczego kupić. W drodze do sklepu, stojąc w aucie na światłach, dostałam ulotkę zachęcającą do płukania jelita. Dwa dni później Dziubasowóz odmówił posłuszeństwa i odjechał spod domu (windą do nieba) lawetą.

A dziś jest poniedziałek, wyszło słońce i chcę pobiec na zieloną trawkę…

 Odpoczynku mi trzeba!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s