Dynia mi pęka!

Żeby nie było – będę się żalić ale sama sobie zgotowałam ten los!

Zachciało mi się dyni. Matko, ale jak! Już w zeszłym roku chciałam ją kupić i zrobić z niej te wszystkie pyszne rzeczy ale jakoś nie wyszło. Tej jesieni postanowiłam, że będzie inaczej i na początku zeszłego tygodnia przywlokłam jeden egzemplarz do domu. Taką raczej mniejszą niż większą, tak na spróbowanie.

Na rozparcelowanie dyni przyszedł czas w piątek. Postawiłam ją sobie na blacie w kuchni i zaczęłam od snucia wizji i układania planu. Stanęło na zupie (o którą upominał się Dziubas) i cieście. Patrząc na dynię wydawało mi się, że nigdy na takie zachcianki nie wystarczy materiału. Po jej rozkrojeniu okazało się, że jest jej aż nadto. Rozkrojeniu – raczej rozwaleniu, bo okazuje się, że nie taka dynia łatwa na jaką wygląda. Nawet dwa razy użyłam jakiegoś toporka skompilowanego z tłuczkiem do mięsa (matko, skąd my w ogóle mamy takie coś w domu?!) aż w końcu odpuściła.

W wielkim skrócie napiszę, że wyszły z niej dwa ciasta (a w sumie ciasto i muffiny) i gar zupy. GAR. Bemar stołówkowy dla całego legionu wygłodniałych powstańców.

W kuchni stałam jedynie 4 godziny. Bałagan jaki przy tym powstał zawstydziłby niejeden krajobraz po huraganie albo tsunami. Bo szybko, bo tu się gotuje, tam stygnie, coś się pali a Bob stoi przy nodze. Wspomniany już Bob obejrzał przez te 4 godziny chyba wszystkie odcinki Strażaka Sama i Pszczółki Mai. W duchu cały czas dziękowałam twórcom tych bajek.

Podsumowując – w dynię najlepiej wbić długi i szeroki nóż, żeby zacząć, potem już jakoś idzie. Obierało się to długo, chociaż całkiem przyjemnie, do momentu sięgnięcia do wnętrza. Jak zaczęłam wydobywać z niej pestki, zrobiło mi się słabo i niedobrze, bo czułam się tak, jakbym ciągnęła kogoś za mokre włosy rosnące gdzieś WEWNĄTRZ, we flakach. Resztę pestek wyskrobałam nożem, żeby nie mieć z tym wszystkim bezpośredniego kontaktu.

Ciasto mieszałam blenderem, bo od 1,5 roku nie możemy jakoś kupić miksera, chociaż ze sprzętów kuchennych mamy nawet skrobaczkę do skórki z cytryny.

Upieczone smakuje jak zwykły biszkopt. Zupa smakuje jak przecier jarzynowy.

To, że czuję się rozczarowana efektem, to mało powiedziane. Co gorsza, mam ochotę podjąć to wyzwanie kolejny raz, ale tym razem znaleźć przepisy na bardziej wyrafinowane potrawy. To się chyba nazywa syndrom ofiary.

W sobotę, już od samego rana, powtarzałam sobie jak mantrę, żeby wracając z hiszpańskiego zatrzymać się w wiejskim sklepie po masło (bo zużyłam całe na aferę z dynią) i patyczki do uszu.

Jadąc na lekcje, recytowałam w myślach „Masło i patyczki”.

Wracając, powtarzałam już na głos „Masło i patyczki, masło i patyczki…NIE ZAPOMNIJ masło i patyczki!”.

Zatrzymałam samochód, weszłam do sklepu i stanęłam przed półką z artykułami higienicznymi. W tej sekundzie uderzyło mnie, że przecież do jasnej anielki, mam całe pudło patyczków do uszu i ŚNIŁO MI SIĘ, że ich potrzebuję.

Bosz, no ledwo dałam radę doturlać się do auta, żeby móc wybuchnąć śmiechem i płakałam całą drogę do domu. W domu zresztą też. Po prostu weszłam do środka i prawie sikałam po nogach ze śmiechu. Dziubas tylko patrzył ze zrezygnowaną miną, bo nie takie rzeczy już widział w moim wykonaniu. Po wyjaśnieniu, kiedy byłam w stanie zatrzymać rżenie i złapać oddech, nie rozśmieszyło go to wcale.

Pffff, mężczyźni! To ja się duszę całą drogę a on nic!

Niedziela minęłaby całkowicie leniwie i spokojnie, gdyby Dziubas nie poszczuł mnie pająkiem wielkości tarantuli. Wyciągając wory ze śmieciami (bo jutro na wsi wywózka) natknął się na jakąś wielką dwumetrową tubę, w której chyba kiedyś przyjechały do nas karnisze, a o której zapomnieliśmy. No to odsuwam ją z kąta żeby ją wyrzucić, a pod nią pająk. Nie nie, nie pająk. P A J Ą K. Przez duże Pe. Dorodny tłusty i ogromniasty.

Oczywiście momentalnie odskoczyłam od tuby i stwierdziłam to co zawsze – trzeba spalić dom!

Dziubas ze stoickim spokojem podszedł do pająka, który wskoczył na tubę jak gdyby nigdy nic. Oboje zadowoleni wyszli z garażu – Dziubas na nogach, pająk na tubie. Ja stoję kilka metrów od nich, bo nigdy nie wiadomo – pająkowi może nagle coś odwalić, skoczy na mnie i wyżre mi pół twarzy.

Odwracając się do nich bokiem (Błąd! Błąd!Błąd!) zdążyłam zauważyć kątem oka, że Dziubas nagle się zrywa i leci w moją stronę z tym pająkiem na końcu tuby! Normalnie atakuje mnie predatorem! I jeszcze się cieszy! Zdążyłam jeszcze wydukać „Dziubas, no co Ty…” ale momentalnie zrozumiałam, że trzeba uciekać, więc skoczyłam przed siebie wrzeszcząc wniebogłosy. I proszę – po tylu latach w końcu okazało się, że umiem piszczeć jak dziewczynka.

Dziubas, nie rozumiejąc moich błagalnych próśb o zabicie tarantuli stwierdził, że przecież to BOŻE STWORZENIE.

No błagam…pod tym określeniem widzę puszystego króliczka, kolorowego koliberka czy inną mięciutką kaczuszkę ale PAJĄK BOŻYM STWORZENIEM? Chyba prędzej szatańskim tworem z samego dna piekieł – z tego samego dystryktu co szerszenie i skorpiony…

Na koniec dodam, iż zainstalowaliśmy sobie w kuchni na oknie wyczekiwaną roletę dzień-noc. Ciemno szarą, bo wszyscy w sklepach ostrzegali, że ta biała to straszna, bo od razu brudna, bo kurz, bo jedzenie, muchy i inne takie. Po zainstalowaniu mamy ochotę się wyprowadzić, bo kuchnia wygląda teraz jak prosektorium – i to wyjątkowo ciemne. Normalnie ubojnia, czerń, dół i kilo ziemi. Na dodatek te pasy kojarzą mi się z takimi plastikowymi, które często miały w drzwiach na zaplecze panie w mięsnym. Chociaż nawet one miały białe…

P.S. Zauważyliście, że moda na jelenie trwa już kolejny sezon? Jeleń na obrazie, na ozdobnych poszewkach, sztuczne poroża do zawieszenia na ścianę – złote! Czy ja coś przegapiłam? Jest jakaś moda na leśną dzicz, czy to jakaś łagodniejsza forma przyznania się tymi rogami do czegoś przed współmałżonkiem?

P.P.S. Właśnie zobaczyłam w TV blondynkę z brwiami jak Grinch. Uświadomiła mi, że już za dwa miesiące Święta.

 

Reklamy

15 myśli w temacie “Dynia mi pęka!

  1. ~izzy Październik 15, 2017 / 10:48 pm

    Super wpis! I jakże mi bliski 🙂 Mój szanowny małżonek podobnie reaguje na pająki. „Kochanie, ja na twoim miejscu odsunąłbym się od ściany, gdyż siedzi na niej ogromny pająk”, mówi ze stoickim spokojem. aaaaaaa wydobywam z siebie, a potem zdenerwowana pytam czemu mnie nie broni przed tą bestią. „Przecież ci czytałem, że nie ma w Polsce jadowitych pająków” przypomina mi. eh. Co z tego…
    Najchętniej jakby mógł to zrobiłby sobie selfie z tym pająkiem! Błe.

    Z zainteresowaniem czytałam o twoich podbojach kulinarnych, sama planuję zrobić ciasto dyniowe pierwszy raz w życiu (wstyd przyznać) Zwykle dynię robiłam tylko na Halloween z dzieciakami…
    Koniecznie wrzuć jakiś przepis, który warto wypróbować.
    Czyli ta zupa to jak ze słoiczka dla dzieci? Nie polecasz?

    Mam nadzieję, że byłaś w tym roku grzeczna, bo może Mikołaj czyta twojego bloga i dostaniesz pod choinkę mikser :))

    P.S. Moja koleżanka, projektantka wnętrz wszędzie ma jelenie, albo same poroża (ściana, serwety itd) więc może coś w tym jest…

    Polubienie

  2. Ahaja Październik 16, 2017 / 1:54 am

    Hahahaha! Ja pierdykam! Przecie my o palmę zwycięstwa kto jest bardziej popaprany – idziemy łeb w łeb!
    Nigdy nie jadłam/przyrządzałam niczego z dyni. Poza pestkami. Nie wiem dlaczego, ale nie wydaje mi się to jadalne. Może w końcu spróbuję?
    Blondyna przypomniała ci o świętach, a ty mi o Halloween. Muszę jakiś post stosowny wystosowac na tę okolicznośc.

    Polubienie

    • Dziubasowa Październik 17, 2017 / 10:05 am

      W sumie ja nie czuję dyni w dyni…ale pieczona jest dobra, taka słodka, jak bataty 🙂

      Mówisz, że bierzemy udział w sztafecie szaleństwa? No, coś w tym jest – raz Ty masz pałeczkę raz ja, jakieś pokrewieństwo w tym musi być… 😉

      Polubienie

  3. ~Lady Makbet Październik 16, 2017 / 8:13 pm

    Dzięki za dyniowe rady, przymierzam się do sekcji zwłok pomarańczowej kreatury, ale jeszcze się nie odważyłam. Za to często zachwycam się jakimś skomplikowanym przepisem znalezionym w czeluściach internetów, po czym odwzorowuję go w domu. Nieskromnie powiem, że zwykle z powodzeniem, za to okupionym godzinami kuchennego utyskiwania w myślach na wszystko – od „kto wymyślił, żeby trzy razy mielić twaróg” poprzez „co mi odbiło, że kupiłam do kuchni białe kafelki” aż po „dlaczego w grudniu jest zimno? co za idiotyczny klimat w tej Polsce!”. A kuchnia wygląda potem jak…by potrzebowała kolejnego remontu.
    Podziwiam Twój upór w dyniowej sprawie. Napisz proszę, co się ostatecznie stało z pająkiem, bo odczuwam dziwny niepokój… 😉
    A co do jeleni – mój P. wszystkie rogacze nazywa łosiami. I od razu jest sympatyczniej 🙂

    Polubienie

    • Dziubasowa Październik 17, 2017 / 10:07 am

      Hehehe, też tak przeklinam wszystko dookoła. A potrawy z reguły wychodziły, ale odkąd się spieszę to efekt jest raczej średni. No i dopóki nie kupimy miksera będę postacią z kawału „Twoja stara miesza ciasto blenderem” 😛
      A pająk został wypuszczony na wolność, więc już wiem, że wróci z posiłkami…

      Polubienie

      • ~Lady Makbet Październik 17, 2017 / 7:09 pm

        To ja Ci dla równowagi wyznam, że odkąd dwa miesiące temu popsułam blender, to rzeczy do blendowania blenduję mikserem (mając do dyspozycji tylko końcówki do ubijania i wyrabiania) 😀
        „Twoja stara miesza ciasto blenderem, a jej znajoma robi pesto mikserem”

        Polubienie

      • Dziubasowa Październik 17, 2017 / 7:18 pm

        No i niech mi ktoś powie, że równowaga w naturze nie istnieje 😀

        Polubienie

  4. ~Seeker Październik 16, 2017 / 8:29 pm

    HAHAHAHAHAHAHA tak mnie rozbawiłaś, że nawet nie wiem, czy jest sens się do czegokolwiek odnosić i ryzykować kolejną falą bólu brzucha i łez 😀

    Mam pytanie: czy kiedy piszesz, to też się śmiejesz?
    Pytanie nie odnosi się do tarantuli, bo wiem, że do śmiechu Ci nie było (hahaha).
    To jak brzmiał Twój niedziewczęcy pisk? Bo jak sobie zacznę wyobrażać, co to mogło być, to……. HAHAHAHAHA

    Polubienie

  5. Dziubasowa Październik 17, 2017 / 10:08 am

    Czasem się chichram pod nosem jak odtwarzam to w pamięci jeszcze raz 😉
    Pisk to był pisk z prawdziwego zdarzenia – taki z elementem ucieczki. Pół wsi słyszało 😛

    Polubienie

  6. ~Jo-An Październik 17, 2017 / 2:46 pm

    Dynia to źródło dobrego smaku i zdrowia!!! ☺Trzeba się może nieco przy niej nagimnastykować, poświęcić nieco czasu, ale zdecydowanie warto !! ☺

    Polubienie

    • Dziubasowa Październik 17, 2017 / 7:18 pm

      Potwierdzam ostatecznie – zupa po trzech dniach była o wiele lepsza niż w dniu jej zrobienia. Jak to mówią „Przeżarła się” 😉

      Polubienie

  7. Longina Październik 17, 2017 / 9:58 pm

    :D…Popełniasz bardzo fajne wpisy ! Uśmiałam się…
    Mojemu Szanownemu czytałam Cie na głos w… łóżku :)…
    „No i czego sie bać pająka? Przeciez nie gryzą, tylko te z Afryki…”
    Wszyscy mężczyźni tak mają 🙂

    Polubienie

    • Dziubasowa Październik 18, 2017 / 8:55 am

      Dzięki! 🙂
      Taaa…tylko skoro nie gryzą, bo „nie mają czym” to jak żreją te wszystkie muchy ja się pytam?!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s