Kluczenie wśród zamków

Wszystko zaczęło się od tego, że Dziubas zgubił klucze.

Oczywiście pomimo naszej burzy mózgów, nie udało nam się wywnioskować jak i gdzie to się mogło stać. Logicznie rzecz biorąc, gdybyśmy to wiedzieli, pewnie byśmy ich tam szukali.

Nie wpadając w panikę, w porannym biegu po zdrowie, Dziubas zdecydował, iż zmienimy zamki. A przynajmniej jeden. Wykręcił wkładkę z drzwi, przyłożył do niej rozłożony metr (jak na W11) i popełnił straszliwy błąd, wysyłając mnie w celu załatwienia całej sprawy.

Nie pomogły prośby ani groźby, Dziubas stwierdził, że na pewno sobie poradzę. No doprawdy, nie mam pojęcia skąd u niego w takich momentach ta olbrzymia i niezachwiana wiara w moje możliwości.

Zaczęłam od sklepu, w którym kupowaliśmy nasze drzwi. Pan sprzedawca, na moje pytanie o wkładkę do zamka, zaproponował jedynie całe drzwi. No dzięki Bogu nasze jeszcze się otwierają i zamykają, więc nie bardzo potrzebuję kolejnych. Był jednak na tyle uprzejmy, że sprawdził okoliczne sklepy (bo muszę dodać, że znalazłam się w istnym zagłębiu techniczno/budowlano/płytkowym) i pokazał mi jakiś szyld, wyprowadzając mnie na tył sklepu jakimś vipowskim wyjściem.

Obeszłam resztę lokali dookoła. ZERO. A więc ten napis Gerda był tylko dla zmyłki. Jako, iż wierzę na codzień w Prawo Popytu i Podaży („Jak się popytosz, to ci podadzą!”), wlazłam w jakieś okna i inne rolety zapytać, czy faktycznie Gerdy tu nie znajdę. W tym punkcie usługowym pewien młody człowiek poradził jednak wycieczkę do centrum miasta. W związku z tym, że już byłam zmęczona tuptaniem, postanowiłam porozmawiać jeszcze o moskitierach, żeby trochę odpocząć i poznać realia zabezpieczania się przed ustrojstwem.

Po wyjściu doszłam do wniosku, że koniec z tym! Nie ma, nie da się, więc trzeba zrobić w końcu te zakupy (cel nr 1 w tej okolicy) i wrócić do domu (a w sumie do mamy) żeby odpocząć.

Po drodze zupełnie spontanicznie weszłam do jakiegoś burżujskiego salonu drzwiowego (bo a nuż…) i pożałowałam tego od razu. Pan Guru o skłonnościach filozoficznych w stylu Schopenhauera (czyli życie nie ma sensu, zabijmy się od razu) stwierdził w wyjątkowo długim monologu, że „Ooo nie! Takiego czegoś, to pani NIGDY nie znajdzie! I to jeszcze sama wkładka?! Nie cały zamek?!A w dodatku to jakiś NIETYPOWY, to nie ma najmniejszych szans, żeby to znaleźć!”. Boszsz…stałam tam z rozdziawioną japą zastanawiając się, czy on tak na serio. A potem myśląc, czy mogę wyjść w trakcie tego libretto, w którym jakieś 654754837 razy padło słowo „stricte”. Skierowałam wzrok na dwie panie siedzące za biurkiem obok, które obdarzyły mnie przepraszającym uśmiechem, a ja podziękowałam i uciekłam, prawie wybuchając mu śmiechem w twarz.

Będąc pod marketem, zadzwonił Dziubas, żebym jeszcze się wróciła do jednego sklepu. Bo to ważne, bo to priorytet, bo nie musimy jeść ale zamykać to się już trzeba, itd itp.

Matko…no to zawracam ten kandzioł. Wchodzę do środka. Pan, obsługujący jakąś starszą klientkę informuje mnie, że kolega wraca za cztery minutki (doprawdy, cztery? Cóż za precyzja, nonono…), bo pewnie na niego właśnie czekam.

Zmęczona, spocona i zdyszana jak zboczeniec odpowiadam, że w sumie wszystko mi jedno.

Pan, w odpowiedzi na to, wybucha perlistym śmiechem i mówi, że „On koledze tego nie przekaże, bo przecież jak tak można i chyba nie byłoby mu miło, haha. Achhh, te kobiety…”

No, umówmy się. Nie dreptam od pół godziny w kółko nagabując ludzi o wkładkę dla własnej przyjemności, a już na pewno nie dla własnego spełnienia. Ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, to sprawiać przyjemnostkę jakiemuś obcemu facetowi, który palił przed wejściem papierosa.

Odpowiadam więc, że co jak co, ale nam, KOBIETOM, to na codzień komplementów nikt nie prawi. Nie można tego robić, bo to nas rozpieszcza – tak twierdzą mężczyźni, więc odpłacamy im tym samym.

„Hahahahaha!” – cieszy się Pan. No naprawdę, nie wiem, co w tym śmiesznego.

Wraca palacz, Pan rzuca w moją stronę konspiracyjne „Ciii, ciiii! Już jest, NIC MU NIE POWIEM!”. Palacz ma nieco zdezorientowaną minę, ja chyba jeszcze bardziej. Oczywiście po wkładkę wysyła mnie gdzie? Ano do centrum. Tym razem w inne miejce niż chłopak od okien.

Boszsz…docieram do marketu i pcham wózek, odbierając trzydzieści połączeń od Dziubasa, że mnie prosi, że jest jeszcze jeden sklep w mojej drodze powrotnej (nie wiem, skąd wie, że akurat tamtędy mam zamiar wracać, a tym bardziej, że W OGÓLE zamierzam wracać!) i on już tam dzwonił i tam na pewno to mają. Także Dziubaśniku, zapomnij o zakupach, po co nam jedzenie, jedź tam JUŻ, NATYCHMIAST!

W dzikim pędzie zabieram pod pachę siatę kociego żarcia (dla mamowych kotów), płyn do płukania i półmetrową roślinę doniczkową, z którą potem wybieram się prosto do toalety, ku zdziwieniu reszty klientów.

Do ślusarza docieram dość szybko i bezproblemowo,a na miejscu stoję, stooooję, stoooooooooję. Nareszcie pani (chyba) właścicielka zaszczyca mnie swoją obecnością, a mnie opada kopara. Za ladą staje kobieta, na oko po czterdziestce, w rozciągniętym, piżamowo-welurowym dresie. Luz. Za Chiny nie pokazałabym się tak ludziom, ale niektórym wizerunek swojej działalności zwisa i powiewa. Z ogromną niechęcią zapisuje na kartce mój numer telefonu z informacją, że zamówi taką wkładkę.

Później, w drodze powrotnej do domu, opowiadając to Dziubasowi dowiedziałam się, że jest to serwis, który zajmuje się też awaryjnym otwieraniem samochodów. Od tego momentu wszystko staje się jasne – pani miała dres, bo pewnie wróciła nad ranem z akcji wybijania ludziom szyb w autach. A ten garnitur sztucznych zębów (góra i dół) pewnie stąd, że policja widząc ją z jakimś łomem w łapie, nie trudziła się w pierwszej kolejności wywiadem z ewentualną podejrzaną.

Na koniec dnia, kiedy nogi weszły mi w miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę (swoją drogę nie wiem, skąd myśl, że słowo „plecy” ma w sobie cokolwiek szlachetnego…), Dziubas zadzwonił poinformować mnie, że już zamówił wkładkę przez internet. A godzinę później, że klucze znalazł w pracy.

Idę więc położyć się z nogami do góry. Wam radzę to samo, szczególnie, jeśli dotarliście do końca tego wpisu 😉

Reklamy

18 myśli w temacie “Kluczenie wśród zamków

  1. aksinia-kawa-pudelka Maj 16, 2018 / 8:14 pm

    Ale skąd Dziubas czerpie pewność, że wrócisz? A jak odmówisz? Spróbuj kiedyś – „siedzę na chodniku pod taką piękną kwiaciarnią, w centrum, obok tych moskitier, znajdź mnie, kup kwiaty i przeproś – bo inaczej nie wrócę i do końca życia nie dostaniesz tej wkładki… A, dostaniesz? Sam umiesz? To po co mnie wysłałeś dokładnie???”

    Polubienie

  2. Hephalump Maj 17, 2018 / 8:17 am

    Muszę się przyznać, że ja bym żony do sklepu po wkładkę do zamka nie wysłał. Mam 100% pewności, że jej poszukiwania wyglądałyby podobnie do Twoich.

    A kiedyś tak dla żartu małżonka spytała mnie:
    Co bym zrobił jakby wymieniła zamek lub w inny sposób nie chciała mnie wpuścić do domu.
    Ale już wie, że potrafię wejść razem z drzwiami i pytań takich już nie zadaje.

    Pozdr
    M

    Polubienie

    • dziubasowa Maj 17, 2018 / 8:37 am

      Dziubas lubi od czasu do czasu wysłać mnie na poszukiwania takiego św. Graala…
      Potrafisz wejść z drzwiami? Ale…sprawdzałeś? Czy tak niechcący? 🙂

      Polubienie

  3. Seeker Maj 17, 2018 / 10:16 am

    Jeżeli z tej historii może wynikać cokolwiek pozytywnego to chyba to, że teraz już spokojnie możecie gubić klucze- z taką wiedzą specjalistyczną o tym co, gdzie, jak i za ile 😛

    Polubienie

    • dziubasowa Maj 17, 2018 / 10:58 am

      No tak, coś w tym jest. Plus oczywiście fakt, że nie wysyła się kobiet w celu załatwiania jakichkolwiek kwestii technicznych!…No chyba, że wybór koloru breloczka do klucza 😛

      Polubienie

      • inmyminds Maj 25, 2018 / 1:01 am

        Wypraszam sobie 🙂 Ja sobie na takich zakupach świetnie radzę 😛 Ostatnio po syfon i śrubki do zlewu napitalałam 😛 Haa i nawet w sklepie tylu OBI kupiłam coś dla siebie przy okazji… haha

        Polubienie

      • dziubasowa Maj 25, 2018 / 6:31 am

        U nas w domu nie ma słowa „śrubki” – są „wkręty” lub inne „konfirmanty”. No to dajesz radę! 😀

        Polubienie

      • dziubasowa Maj 25, 2018 / 6:31 am

        A co sobie tam kupiłaś? Bo ja tylko z roślinami stamtąd wychodziłam 🙂

        Polubienie

      • inmyminds Czerwiec 17, 2018 / 10:39 pm

        Dwie butelki-spraye i mopa kiedyś na przykład. I lateksowe rekawiczki do wymiany kuwety 😀😂

        Polubienie

  4. olitoria Maj 20, 2018 / 12:54 pm

    Hahahahaha!
    To ci przygoda!
    Właściwie odnajduję spore podobieństwo między naszymi przygodami, zastanawiające… 😀
    Wiedziałam, że klucze się znajdą.
    Gdybyśmy mieli zmieniać zamki za każdym razem, gdy ktoś z rodziny zgubi klucze, to chyba pół życia spędzilibyśmy na przedpokojowym progu 😀 (że o sklepach tego typu nie wspomnę – prawdopodobnie bylibyśmy już na „ty” z obsługą).

    Polubienie

    • dziubasowa Maj 20, 2018 / 6:55 pm

      Najgorsze jest to, że ja też wiedziałam, że się znajdą…
      Pewnie jutro Dziubas odbierze nowy zamek z paczkomatu, choć odrobinę się do Gerdy zniechęcił. Znalazł na jutubie filmik, na którym gość otwiera go w 15 sekund. Przewierca w 3.
      Ale napiszę to co zwykle – przecież wiadomo, że nie może być normalnie 😉

      Polubione przez 1 osoba

  5. izzy Maj 24, 2018 / 7:47 am

    „wierzę na codzień w Prawo Popytu i Podaży („Jak się popytosz, to ci podadzą!”)” Hahaha umarłam 😀 To twój twór, czy powiedzenie, którego nie znam? Piękne 😛
    No właśnie, jak to jest, że człowiek wie, że klucze się znajdą (zgadzam się z Olitorią), a jednak znajdują się wtedy, kiedy one chcą a nie ty 😀
    Wczoraj opowiadała mi koleżanka, że cały weekend szukali kluczyka od auta, który zostawili na stole i zaopiekował się nim ich czterolatek. Twierdził, że nie pamięta gdzie położył… Przeszukali cały dom. Po 3 dniach znalazł się. Mały musiał położyć go na ubraniach w garderobie, bo spad za koszulki i wcisnął się w szczelinę między półkami…

    Polubienie

    • dziubasowa Maj 24, 2018 / 5:45 pm

      Prawo popytu i podaży usłyszałam kiedyś na studiach, nie wiem skąd się wzięło, ale uznałam je za o wiele bardziej życiowe niż to autentyczne 🙂
      Co do przedmiotów w garderobie – odkąd jest z nami Bob, w szufldach z ciuchami znajduję przeróżne rzeczy. Dzięki Bogu, coraz rzadziej zdarza się zaschnięta skórka od chleba…Kluczy nigdy w ciuchach nie znalazłam 🙂

      Polubienie

  6. Lady Makbet Maj 31, 2018 / 2:12 pm

    „Pan sprzedawca, na moje pytanie o wkładkę do zamka, zaproponował jedynie całe drzwi.” – myślę, że w tym jednym zdaniu zawarłaś obraz całej współczesnej gospodarki, ekonomii i wszystkich innych dziedzin powiązanych z obiegiem dóbr. Kiedyś byłam z Reksiem u weterynarza, bo wbiła mu się drzazga między pazurki – i też o mało nie usłyszałam, że najlepiej będzie wymienić psa. Może nie dosłownie, ale lekarz proponował przeczyszczenie mu uszu, odbytu, kastrację, zmianę diety i dodatkowe szczepienia ochronne. A przyszliśmy z drzazgą… O mechanikach samochodowych nie wspomnę – wieziesz auto na wymianę klocków hamulcowych, a dowiadujesz się, że warto jeszcze zrobić rozrząd, wtryski i woskowanie kokpitu, a potem wymienić akumulator i na wszelki wypadek lewe drzwi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s